Nie jestem zero-jedynkowy. Tym bardziej, nie jestem fanatykiem. Staram się mieć otwartą głowę.
Mimo to nie lubię tych wszystkich wyświechtanych frazesów: Tylko mityngi trzymają mnie w trzeźwości, Dzięki Wspólnocie przestałem/przestałam pić, Tylko alkoholik zrozumie drugiego alkoholika.
Podczas pracy na grupie terapeutycznej nie rozumiałem, po co pojawili się w niej seksoholicy. Przecież to nawet przyjemne uzależnienie - myślałem sobie. Zrozumiałem jednak, że oni tak samo cierpią, a nawet - patrząc szerzej, mają dużo gorzej. Moje uzależnienie jest proste - wystarczy odsunąć alkohol i się do niego nie zbliżać. A seksoholizm? Idąc chodnikiem można oszaleć… Tym niemniej - chodzi o to, że z jednym z tych kolegów bardzo dobrze się dogadywałem, a nawet zaprzyjaźniłem. Szczerze powiedziawszy - rozmawiało mi się z nim lepiej, niż z wieloma alkoholikami ze Wspólnoty.
Cieszę się, że AA istnieje, chodzę na mityngi mimo już jakiegoś czasu trzeźwości. Mimo to - choć nie byłem już prawie dwa tygodnie na żadnym mityngu - nie cierpię jakoś bardzo. Mam kontakt z kilkoma bliskimi mi przyjaciółmi, gram z jednym w ping ponga, dzwonię, rozmawiam. Tym niemniej - nie znałbym ich, gdyby nie AA. Z drugiej strony, paru osób chciałbym wciąż nie znać.
Każda droga trzeźwienia jest dobra. Nie ma lepszej i gorszej.


Komentarze
Pokaż komentarze