Kiedyś chciałem być pisarzem. Napisać jakąś potężną książkę, nie taką jak lektury szkolne. Wielkie dzieła dla mnie to były wtedy: Neuromancer, Obcy w obcym kraju, Gra Endera czy Trzy Stygmaty Palmera Eldritcha. Oglądałem amerykańskie filmy, gdzie pisarz to był doceniany gość, zapraszany na spotkania autorskie, a nawet do współpracy z policją, jeśli pisał kryminały. Dlaczego, właściwie, nie miałbym być nowym Chandlerem, Hammetem czy, niech będzie Joe Alexem? - myślałem sobie.
Potem poznałem wielkich świata science fiction naprawdę i piłem z nimi wódkę. Ba, poznałem nawet Pat Cadigan, o której uścisku ręki nie marzyłem w najskrytszych marzeniach.
Powieści jednak nie napisałem, choć moje opowiadania się niektórym podobały.
Podczas terapii używałem pisania, żeby poradzić sobie z różnymi demonami mojej przeszłości. Również - napięciem seksualnym.
Nie jest ważna ulga, która potem nadeszła. Ważna jest metoda - nauczyłem się kierować swoją energię na rzeczy twórcze, ciekawe, nowe. Przestałem się bać próbowania, śmieszności, bo zrozumiałem, że mam prawo robić błędy, by się na nich uczyć.
Okazało się, że mam całkiem ciekawe pomysły. Kto wie, może powieść jeszcze kiedyś napiszę.


Komentarze
Pokaż komentarze