Gdy zbliżał się moment, w którym starszy Syn skończy szkołę podstawową, stanąłem przed wyzwaniem. Mierzyłem się z nim już wcześniej, w momencie, gdy któryś z nich przynosił ocenę, która mnie nie satysfakcjonowała.
To ich życie, powiedziała mi kiedyś Żona.To moje ambicje, nie dzieci, powiedział ktoś na mityngu. Kiedyś.
To właśnie było wyzwanie - pozwolić Synowi decydować, wspierać go w decyzji doświadczeniem, ale nie radą. Powiedzieć, co myślę, ale nie nachalnie, żeby odczuł to jako nacisk.
Bardzo nie chcę, by Synowie, czy Żona robili coś tak jak chcę ja. Królem już byłem, władcą niepodzielnym, zazdrosnym i złośliwym. Byłem też już bogiem, próbującym kontrolować każdy aspekt swojego życia i dlatego nieszczęśliwym.
Bardzo staram się pozbywać tych zapędów bosko-królewskich. Ludzie przychodzą do mnie po radę, czasem jednak tylko to by potwierdzić swoją decyzję. Bardzo im się nie podoba, gdy mówię inaczej. I gdy unikam podejmowania decyzji za nich.
Syn na szkołę narzeka. Ja mam ten komfort, że to był jego wybór.
Notkę można również obejrzeć na YouTube.


Komentarze
Pokaż komentarze