Długo brałem leki na depresję. Jeszcze za czasów picia brałem taki, który można było brać, będąc nietrzeźwym. Mówiłem sobie wtedy, żę mam depresję, a prawda jest taka, że piłem i po prostu przesunąłem się na osi uzależnienia. Na początku pije się bowiem, żeby było przyjemnie, potem - żeby było normalnie, a ja byłem w momencie, w którym piłem po to, żeby czuć się mniej źle.
Mimo to, gdy skończyłem pić, nadal brałem leki przeciwdepresyjne. Co więcej, mogłem sobie pozwolić na prawdziwe leki przeciwdepresyjne jak Fluoksytyna. Kilka razy je zmieniałem, tłumacząc psychiatrze w ośrodku leczenia uzależnień, w którym uczestniczyłem w terapii pogłębionej, że czuję się gorzej. A ona dawała mi kolejne leki. Nie twierdzę, że była złym lekarzem czy że nie zna się na tym, bo tylko alkoholik wie (i takie tam bzdury). Myślę, że była zmęczona. I myślę, że czuła się wypalona.
Pewnego dnia jednak pomyślałem sobie, że kiedyś, żeby poczuć się lepiej łapałem za kieliszek. Wtedy, gdy było gorzej, łapałem za pigułkę. Poprosiłem panią psychiatrę, żeby pomogła mi odstawić leki. Brałem coraz mniejsze dawki, aż w końcu w ogóle przestałem je brać.
Okazało się, że wystarczy po prostu patrzeć na świat inaczej. Nie miałem depresji.


Komentarze
Pokaż komentarze