Moja podopieczna, z pokolenia (chyba) „Z”, ludzi urodzonych po roku 2000, powiedziała mi kiedyś, że pracuje po to, żeby dobrze żyć, ale nie żyje po to, żeby pracować. Gdy zastanowiłem się nad tym, rzeczywiście coś w tym jest. Moje pokolenie nauczone było, i zresztą do dzisiaj w takich przypadkach jak mój, jest przyzwyczajone to tego, że pracę trzeba szanować. Pamiętam czasy szalejącego bezrobocia, kapitalizmu i zasiłku dla bezrobotnych. Tych traktowało się jako gorszych od tych, którzy mieli pracę. W rozumieniu „umowy o pracę”, bynajmniej pracy „na czarno”, w szarej strefie, gdzie pieniądze przechodziły pod stołem.
Tego też zostałem nauczony, że praca daje stabilność, jest wartością w swym istnieniu i nadaje jakiś rytm życiu dorosłego człowieka. Pracuję w dużej firmie i widzę, jak ludzie wypruwają sobie żyły, pracują po kilkanaście godzin na dobę, w weekendy, są dostępni przez całą dobę. Ja już tak nie potrafię, nie potrzebuję. Nie definiuję siebie przez to, co robię.
Definiuję siebie przez siebie, nie przez to, kogo znam, ile zarabiam, czy jaki mam telefon. Kupuję sobie, owszem, różne rzeczy, ale nauczyłem się też uciekać od konsumpcjonizmu. Uważać na nadmiar.
Wszystko, bez przesady. Wtedy jest spokojnie.
Notkę można również obejrzeć w formie materiału na YouTube.


Komentarze
Pokaż komentarze