Długi czas miałem urazę do swojego ojca. Nawet jakiś czas po jego śmierci, wciąż ją w sobie trzymałem, pielęgnowałem, obracałem w palcach, po tym jak każdego dnia wyjmowałem ją z szufladki mojego mózgu.
Pewnego razu pomyślałem sobie: po co mi to? Co mi daje chowanie tej urazy, pielęgnowanie w sobie żalu, poczucia krzywdy? Co z tego mam?
Zrozumiałem, że mam z tego tyle, że wciąż zadręczam się przeszłością. Analizuję swoje czyny przez pryzmat tej urazy, zawsze szukając winy w ojcu, w wychowaniu, czy braku wychowania, przez niego. Zawsze patrzyłem na to, że czegoś nie zrobił, coś zrobił, gdzieś mnie zabrał lub mnie nie zabrał. I tak dalej. Przywoził mi wódkę do akademika. On.
Zapomniałem zupełnie o sobie w tym wszystkim.
I odpowiedzialności, bo to ja tę wódkę piłem, sam, z własnej nieprzymuszonej woli.
Dlatego włożyłem swoją urazę do szufladki. Zamknąłem ją na kluczyk i wyrzuciłem go gdzieś. Jadę wkrótce na grób ojca. Nie będę robić przedstawienia, opowiadając jakieś historie czy przebaczając czy cokolwiek.
On wciąż nie żyje, a ja jestem już odpowiedzialny tylko za siebie.


Komentarze
Pokaż komentarze