Jeden z moich przyjaciół był bhaktą - wyznawcą Krishny. Bardzo podobał mi się jego spokój i ciepło, jakie w sobie miał. Gdy zapytałem go, skąd to wszystko bierze, powiedział, że jest taka książka.
Przywiózł mi ją, i wtedy pierwszy raz zobaczyłem Bhagavad Gitę, Taką Jaką Jest. Nie pozwolił mi za nią zapłacić, zostawił mi ją tylko na stole. Próbowałem ją przeczytać, ale nie byłem w stanie. Jakieś dziwaczne słowa, dziwaczna historia, dziwaczne sformułowania.
Potem dowiedziałem się, że zmarła jego mama. Nie dziwiłem się, że przestał przyjeżdżać. A potem dowiedziałem się, że ma glejaka. Na jego ceremonii pożegnaniu ciała człowiek czytał modlitwę, która bardzo mi się spodobała. Dowiedziałem się, że była z książki, którą mam.
Rozmawiam często z kolegą, który - jak się okazało - czytał Bhagavad Gitę Taką, Jaką Jest. Powiedział mi, że nie da się takiej książki przeczytać w momencie, gdy ona i ja nie będziemy na tej samej duchowej drodze.
Czytam Bhagavad Gitę Taką Jaką Jest. Z przerwami. Powoli. Czasem więcej, czasem mniej.
Czytam.
Notkę można obejrzeć również w formie materiału na YouTube.


Komentarze
Pokaż komentarze