Uwielbiałem się nad sobą użalać. Szczególnie, gdy znalazłem chętnego słuchacza, któremu pewnie postawiłem piwo i z tej okazji mnie słuchał. W ten sposób, tak myślałem, wyrzucam z siebie negatywne emocje i mogę żyć spokojnie dalej bez bagażu.
Była to nieprawda w dwóch wymiarach.
Po pierwsze: nie wyrzucałem z siebie tych emocji, obarczałem nimi innych. Wrzucałem ich na chwilę w swoje bagno, a oni, zamiast zrozumieć, nawet tylko chcieć zrozumieć, patrzyli. Co więcej, jak dziś myślę, mieli pewien rodzaj satysfakcji, że mam gorzej, że jestem mięczakiem, który żali się byle napotkanej osobie. Że ich życia są lepsze, bo jakoś im się układa, bez takich ceregieli i dziwactw, jak u mnie.
Po drugie: wcale nie pozbywałem się żalu i smutku. Pławiłem się w nim, przeżywając na nowo, szukając kolejnej osoby, której opowiem. Miałem powód, żeby topić to w alkoholu. A kto nie chce, szuka powodów.
Nawet trzeźwiejąc, nie przestałem od razu. Aż zrozumiałem, że każdy ma swoje problemy i warto bardziej słuchać, niż mówić. Wtedy więcej dociera.
Zacząłem szukać sposobów.
Notkę można obejrzeć również w formie materiału na YouTube.


Komentarze
Pokaż komentarze