Nie lubię modlić się na kolanach. Kojarzy mi się to z kościołem i tą idiotyczną, wymuszoną postawą pseudo-pokory. Przypomina mi się ciocia, z samej postury drobna, a jeszcze zwinięta w kłębek prawie, na kolanach, jakby chciała być jeszcze mniejsza, albo nawet zupełnie zniknąć. Jakby nie chciała być dla swojego Boga widoczna.,
Przeszkadza mi to zresztą do dziś, że msza polega na ciągłym dołowaniu się, upadlaniu i wskazywaniu jak marny jestem. A modlić się trzeba, bo tak należy.
Nie jestem. Z moim Bogiem, Jakkolwiek Go Pojmuję, rozmawiam, gdy tego potrzebuję. Nie wiem, czy On też tego potrzebuje. Myślę sobie, że nie potrzebuje moich modlitw, żeby poczuć się lepiej, ja czuję się lepiej modląc się swoimi słowami. Owszem, gdy jestem zdenerwowany, wolę formułkę. Jest prościej ją powtórzyć, zrobić szybką mantrę, na przykład kilka razy pod rząd powtarzając Modlitwę o Pogodę Ducha.
Dziękuję też mojemu Bogu Jakkolwiek Go Pojmuję, za wszystko, co mnie spotyka. Znów - wiem, że taki jest Jego plan, tym niemniej, czuję wdzięczność.
Wyrażam siebie, nie poniżam. Tak wyglądać powinna, w mojej opinii, modlitwa.


Komentarze
Pokaż komentarze