Nie wyobrażam sobie życia bez mojej Żony. Ogarnia tyle spraw, tyle rzeczy załatwia. Nie wiedziałbym nawet pewnie, jak zapłacić rachunek za gaz.
Wyobrażam sobie za to doskonale życie mojej Żony beze mnie. Już raz to zrobiła, gdy ja pojechałem na drugi koniec Polski, żeby zamknąć się na odwyku. Na szczęście odbyło się bez detoksu, ale i tak było to długo. Miałem wrażenie, że świat się tam wali beze mnie, chłopaki nie jeżdżą na treningi, nie mają jak zrobić zakupów, bo kto ich wozi. Któregoś dnia, gdy pozwoliła mi na to terapeutka, zadzwoniłem do Żony. Okazało się, że są na ślubie naszej przyjaciółki. Ona, sama, z dwójką małych dzieci. Bez prawa jazdy. I nie powiedziała tego oskarżycielskim tonem, z gatunku tych: bo ciebie tu nie ma. Powiedziała to najzupełniej normalnie, jakby to była najprostsza rzecz na świecie, którą robi codziennie po kilka razy.
Za to byłem prawie po drugiej stronie. Nie tylko raz. Pewnie wciąż boję się śmierci, pamiętam, co czułem w tamten straszny poranek, gdy obudziłem się po drugiej operacji, nagi i samotny. Pomyślałem: jestem dzielny, zasłużyłem na piwo.
I wtedy do sali weszła moja Żona. A ja się rozpłakałem. Było mi strasznie wstyd.
Notkę można obejrzeć również w formie materiału na YouTube.


Komentarze
Pokaż komentarze