Bardzo długo byłem dla siebie najgorszym krytykiem. Podobno każdy to w sobie ma, lecz ja byłem na pewno gdzieś na początku stawki.
Zadręczałem się każdą chwilą z pijanego życia, zadręczałem winami, które zrobiłem i tymi, które sobie wyobrażałem. Powtarzałem sobie, gdybym to, gdybym wtedy tamto… Tłumaczyłem siebie i swoje powody. I to nic nie dawało.
Trzeba się do tego przyzwyczaić - powiedziała mi terapeutka podczas terapii pogłębionej. - Jest w panu wciąż ta pijana część i nie pozbędzie się jej pan, jakkolwiek by pan nie próbował.
Zadręczanie się nic nie daje. Chodzi o wpływ. Użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić - tak się modlę. W przeszłości nie zmienię już nic. Co mogę, to spojrzeć dziś. Co najwyżej. - spróbować to i owo naprawić.
Spotkałem ostatnio przyjaciółkę, którą, choć znam trzydzieści lat, pierwszy raz od dawna widziałem ją trzeźwy. Gdy próbowałem przypomnieć sobie, czy mówiłem jej o terapii, spojrzałem w nasze internetowe rozmowy. Było tragicznie. A jednak rozmawiała ze mną spokojnie. Przytuliła mnie na powitanie.
Może nie było tak najgorzej. A to wszystko jest w mojej głowie. Ona już zapomniała.
Notkę można również obejrzeć w formie materiału w serwisie YouTube.


Komentarze
Pokaż komentarze