Ładnie powiedziane. Późno się ożeniłem. Dziś żartuję, że czekałem na tyle lat, żeby pojawiła się Ona. Ta, która została moją Żoną. Do tego czasu byłem z pewną liczbą kobiet. Były to związki bardzo różne - od takich na jedną noc, po związki trwające kilka lat. Były miłości ciche i przyjemnie nieśmiałe, były też burzliwe i pełne perwersji.
Każdą z tych kobiet kochałem.
Był to jednak specyficzny rodzaj miłości - bardziej coś jak zachwyt, może zauroczenie. Myślę, że o tę stronę medalu chodzi - związkowi paliwa starczało na tak długo, aż któreś z nas się się znudziło. Niektórym z moich partnerek przeszkadzało moje picie. Dla niektórych z nich nawet przestawałem pić. Robiłem przerwę, dłuższą lub krótszą. Najdłuższą chyba trwającą miesiąc.
Poznałem moją Żonę po pijanemu. Oświadczyłem się Jej pijany. Do ślubu również szedłem po dobrej setce, korzystając z ochotą z tego, że na wsiach wciąż spotyka się bramy.
Nie żałuję żadnego z tych momentów, w rozumieniu decyzji wtedy podjętych. Nie żałuję również tego, że byłem pod wpływem - być może bez tego nie miałbym śmiałości. Nie wiem.
Dziś za to mogę z tego żartować. I opowiadać na mityngach, że nie jest tak, że żałuję każdego dnia, w którym piłem.
Notkę można obejrzeć w formie materiału na YouTube.


Komentarze
Pokaż komentarze