Traciłem głowę dla niejednej pani. Z paroma wiązałem się na miesiące, a nawet, z niektórymi, na lata. Właściwie, jak się dziś zastanawiam, to chyba było odwrotnie.
Trochę jak z alkoholem: na początku wystarczyło mi niedużo alkoholu. Dopiero z czasem musiałem go pić coraz więcej, coraz szybciej. Coraz mocniejsze alkohole.
A jednak, zatrzymałem się w porę. Najpierw znalazłem spokój przy Żonie. To ona mnie przekonała do tego, żebym poszedł na terapię. Pokazywała mi kilkakrotnie, że to co robię, nie jest normalne.
To nie nie tak, że piłem cały czas. Gdy urodził się nasz Synek, właściwie nie piłem, zajmując się Nim. Był to cudowny okres.
Pojechałem na terapię i gdy tylko tam dotarłem, poczułem się wściekle samotny. Pielęgniarka przetrzepała mi plecak, zainstalowałem się w pokoju, ośmioosobowym. Wyszedłem na zewnątrz, stanąłem w środku pięknego parku i poczułem łzy w oczach.
Brakowało mi Żony. Brakowało mi dzieci. Czułem się samotny. Czułem ból nieobecności.


Komentarze
Pokaż komentarze