Na początku trzeźwienia nie odróżniałem poniżania się od pokory. Może dlatego, że byłem wychowany w wierze rzymskokatolickiej. Gdzieś z tyłu głowy miałem te wszystkie kawałki, że jestem pyłem marnym i błagam o zmiłowanie.
Uważałem, że skoro piłem tyle lat, to zasługuję na to, żeby mną pomiatać. Właściwie to myślałem, że nie zasługuję na nic innego, a to nieprawda. Zobaczyłem to, gdy moim przyjaciółkom postanowiłem powiedzieć, że jestem po terapii. Obawiałem się tego, że będą od tej pory myśleć, że jestem gorszy. Powiedziały, że mnie podziwiają i teraz rozumieją, skąd u mnie to zrozumienie siebie. Dojrzałość emocjonalna, powiedziały. Powiedziały też, że szkoda, iż nie mam wiary w siebie, bo jestem świetnym gościem i tyle przecież osiągnąłem.
Spojrzałem wstecz i nagle poczułem potrzebę, żeby się wyprostować. Podnieść głowę i przestać już ją schylać, bo nie mam czego się wstydzić. Nie mam się przed kim korzyć.
Pamię†aj, żeby iść z podniesioną głową, a nie z zadartym nosem, przeczytałem w książce, którą dostała z okazji rocznicy koleżanka z AA. Nic nie mam do dodania.


Komentarze
Pokaż komentarze