Jestem wychowany w wierze katolickiej. Właściwie: rzymskokatolickiej. Nie lubię ani rytuałów, ani Boga, którego tam wyznają. Boga, który niby jest miłosierny, ale trzeba go o to miłosierdzie prosić.
A może po prostu chodzi o Kościół, i to instytucji nie lubię.
Nie ulega dla mnie wątpliwości, że Bóg, Jakkolwiek Go Pojmuję, istnieje. To nie jest wiara. To nie jest kwestia zaufania komuś, kto pokazuje mi pogląd, a ja mogę się z nim zgodzić, albo nie, bo tak mi się podoba. To nie jest kwestia podobania się lub nie. To nie jest kwestia zaufania. Dla mnie to pewność.
Ja wiem, że Bóg Jakkolwiek Go Pojmuję, jest. Nie wiem, jak wygląda, nie wiem, czy jest miłosierny, jest istotą, której nie zrozumiem, bo jestem tylko przejawem.
Ale mój Bóg Jakkolwiek Go Pojmuję przemawia do mnie. Daje mi znać, że istnieje. Objawia się w najmniej spodziewanych momentach.
A mnie zdarza się nie dostrzegać, że próbuje mi pomóc. Mnie osobiście, nie wszystkim.


Komentarze
Pokaż komentarze