Na mityngach często słyszę, gdy ktoś opowiada o tym co, z kim, ile, gdzie i kiedy pił, że nie może ta osoba zapomnieć, kim jest. Dla mnie uczestnictwo w mityngu już jest przypomnieniem, a po co sobie jeszcze przypominać pijane czasy? Myślę, że jest kilka powodów takiego stanu, a najpowszechniejszym jest po prostu tęsknota za tamtym czasem.
Za piciem, jak dla mnie, dlatego nie wspominam. Bardziej skupiam się na tym, co zepsułem przez picie alkoholu, próbując niekiedy, gdy przydarzy się ku temu okazja, zadośćuczynić, bo już pewnych rzeczy nie naprawię.
Z drugiej strony, nie zadręczam się tym. Ktoś mi kiedyś powiedział, że trzeźwość to abstynencja i zmiana. Kiedyś byłem jakiś tam, dziś jestem inny, jutro będę jeszcze inny.
Dlatego właśnie jestem w stanie sobie wybaczyć. Co miałbym sobie wybaczać, gdybym miał robić to samo? Popełniać te same błędy? To trochę jak z pustym gestem pukania w konfesjonał. Grzechy odpuszczone, powiadają. Ja nie miałbym w sobie tyle pychy, by pukać w drewno w imieniu Boga, Jakkolwiek Go Pojmuję.
Bądź bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny / w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy - mawiał poeta.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)