Pamiętam jak kiedyś, na studiach, upaliliśmy się trawką i - jak to w takich sytuacjach - wymyślaliśmy różne rzeczy. Wymyśliliśmy również odezwę do narodu, którą spisaliśmy, wiedząc, że to, co właśnie robimy zmieni cały świat na lepsze. Nawet cudowne.
Przeczytałem kawałek i naprawdę nie pamiętam, co tam było napisane. Na pewno nic mądrego. No dobra, bardzo głupiego, czy może, z dzisiejszej perspektywy, powiedziałbym, że naiwnego.
Myślę też, z dzisiejszej perspektywy, że ten tekst był dużo pogodniejszy, przyjemniejszy, niż to, co pisałem później. Pisałem dużo, czując, że potrzebuję alkohol, żeby czuć to coś. Bliskość wszechświata, tchnienie Boga, śpiew muzy, jakkolwiek by to nazywać. Dodatkowo, pisarze też pili, daleko nie szukając Bukowski (pomijając nawet Hłasków i innych), nawet Hemingway. Musieli jakoś docierać do tego, co jest w centrum. Do istoty rzeczy. Robili to przecież, na przykład, meskaliną, jak Witkacy.
Nie wiem, jak to jest po meskalinie.
Wiem, że dziś piszę teksty, które nie są wulgarne, szokujące dla pozy, puste. Są moje, są prawdziwe. Przestałem wartościować się przez innych.
Notkę można również obejrzeć w formie materiału na YouTube.


Komentarze
Pokaż komentarze