Myślę sobie, że moje picie było znieczuleniem na emocje. Na terapii mówiliśmy o emocjach lubianych i nielubianych. Do tych pierwszych należy na przykład radość, do drugich na przykład gniew. Mam wrażenie, że ja nie lubiłem jednych i drugich.
Może inaczej, oba były dla mnie dobrym powodem do picia. W pewnym momencie naprawdę nie było ważne, co mnie spotkało, ważne było to, że był to dobry powód do picia. Rzuciła mnie dziewczyna? Już jest powód, żeby nie czuć rozpaczy, a nawet jakiegoś obniżenia nastroju. Dostałem podwyżkę? Jest powód, żeby nie czuć radości, za to jest co opijać, bo w końcu sukces.
I taki zakręcony jak słoik z dżemem, zamknięty krąg się robi.
Wyrwałem się z kręgu, ucząc się w wieku ponad czterdziestu lat nazw emocji i próbując nazwać to, co rozumiem pod “fajnie” albo “niekomfortowo”. Do dziś pamiętam moją terapeutkę w ośrodku odwykowym, która mówiła, że nie ma takiego uczucia jak “dobrze”.
Uświadomienie sobie, co czuję było dla mnie wielkim odkryciem.
Notkę można również obejrzeć w formie materiału na YouTube.


Komentarze
Pokaż komentarze