Pamiętam taką dyskusję podczas którychś warsztatów na temat modlitwy. W AA panuje przekonanie, że modlić się trzeba na kolanach. Uznaję to za stereotyp, wyniesiony z Kościoła Rzymskokatolickiego, że przed Bogiem trzeba na kolanach, pokornie. Jak mi to powiedziała jedna alkoholiczka: Mojemu ego dobrze zrobi padnięcie na kolana dwa razy dziennie.
Pamiętam, że rodzice zmuszali mnie do paciorka rano i wieczorem. Odklepywałem formułki, myśląc już o tym, co będę robił później.
Dziś bolą mnie kolana i bynajmniej nie buduję sobie ego przez to, że siedzę lub leżę podczas modlitwy. Tę, zresztą, również traktuję inaczej, niż w czasach wymuszonych paciorków. Czasem miałem w tym jakiś interes, modląc się w konkretnym celu, bo Bóg coś za mnie „załatwił”.
Właściwie, to jest tak, że wiele zależy od potrzeby chwili. Bywa tak, że mam ciężki nastrój i moja modlitwa byłaby narzekaniem. Ma służyć uspokojeniu i wtedy używam formułek, takich jak Modlitwa Świętego Franciszka z Asyżu czy modlitwy z Wielkiej Księgi. Zwykle jednak moja modlitwa jest rozmową, moim zwróceniem się do Boga, Jakkolwiek Go Pojmuję. Staram się nie robić interesów. Na przykład nie modlę się o rozwiązanie sytuacji, a o mądrość lub wskazówkę do rozwiązania tejże.
Nie modlę się też o jakiejś porze. Bez paciorków.


Komentarze
Pokaż komentarze