Czytałem „Psychopatologię życia codziennego” Sigmunda Freuda. Według jego teorii „ego” jest pośrednikiem pomiędzy „id”, odpowiedzialnym za popędy, instynkty i dążącym do przyjemności oraz „superego” odpowiadającego za normy moralne i społeczne, mając na celu wpływanie na „ego”, by zawsze postępowało zgodnie z nimi. Krótko mówiąc, „ego” jest hamulcem dla „id”, ulegającego impulsom i dążącego tylko do przyjemności, a „superego” kagańcem moralnym.
Coś jak „podświadomość”, „świadomość” i „nadświadomość”.
W AA z jakiegoś powodu przyjęło się „ego” kojarzyć z egoizmem, egocentryzmem i wybujałym mniemaniem o sobie. Niektórzy nawet mylą je z narcyzmem. A o tym akurat coś wiem - mam taki rys w swojej osobowości.
Może dlatego czuję, kiedy moja miłość własna zaczyna się budzić i grać pierwsze skrzypce. Może dlatego jestem wyczulony na przejawy tego zjawiska, gdziekolwiek je zobaczę. I zauważyłem, że im więcej kto mówi, jak to się pozbył lub trzyma “ego” na wodzy, tym większy ma problem.


Komentarze
Pokaż komentarze