Miałem przyjaciela, z którym często wracałem po pracy do domu. Szliśmy razem, czasem rozmawiając, czasem komentując świat wokół nas, a czasem po prostu tylko szliśmy. Nie odzywając się, a jednak będąc blisko. Niezależnie od wszystkiego, zawsze poprawiał mi się humor.
Różniło nas bardzo wiele - ja w pewnym okresie byłem bardzo mięsożerny, on był weganinem. Opowiadał z pasją o potrawach, które robił, a ja słuchałem i czasem łapię się na tym, że próbuję właśnie tego, o czym mi opowiadał wiele lat temu. Ja byłem bardzo na bakier z ideą Boga, on był bhaktą, który żyje w ogromnej dyscyplinie i dużo się modli, czytając świętą księgę, Bhagavat-Gitę. Do której ja chyba teraz dorastam.
Mój przyjaciel zmarł w tamtym roku, miał glejaka.
Spokój i ciepło pozostało w nim. Ze zdziwieniem zarejestrowałem kiedyś fakt, że miewa stany depresyjne. Powiedziałem mu też o tym, że zawsze czuję w jego obecności pozytywne wibracje, że czuję spokój i poprawia mi się humor. I że zawsze tak było.
To jest w tobie, powiedział.


Komentarze
Pokaż komentarze