Myślę, że powinienem przeczytać powieść Mitcha Alboma. Wydaje się ciekawa z opisu i nieco alegoryczna, jak książka, którą dostałem ostatnio od Przyjaciółki pod tytułem: Chłopiec, kret, lis i koń. Bardzo piękna opowieść, podobnie jak film Flow, który obejrzeliśmy ostatnio w kinie. Przejmująca animacja, w której nie pada jedno słowo.
miało być jednak o śmierci.
Trudno mi o niej mówić w momencie, w którym jestem teraz. W momencie, gdy była blisko bardzo się jej bałem. Bardzo się martwiłem przede wszystkim o swoich bliskich, bo wychodzę z założenia, że po śmierci kogoś to ta osoba przestaje mieć problem. Tu zostają inni, którzy tracą kogoś, przeżywają żal, albo - co jeszcze gorsze - przejmują długi zmarłego. I to oni są ważni, nie ta osoba, która umiera.
Ostatnio pisałem o Przyjacielu. Zmarł ponad rok temu, a ja byłem na jego ceremonii pożegnania ciała. Nie; pogrzebie (jego zwłoki spalono, a prochy zostały rozsypane tam, gdzie sobie życzył). Ceremonii pożegnania ciała, bo wierzył, że dusza zostaje. Że jest nieśmiertelna i przechodzi dalej tak długo aż osiągnie stopień rozwoju uprawniający do zamieszkania obok Jego Boga, Jakkolwiek Go Pojmował.
Ciekawa koncepcja.


Komentarze
Pokaż komentarze