W AA powiada się, że nie oceniamy, nie osądzamy, przyjmujemy człowieka, jakim jest. Zgadza się tylko to ostatnie, bo my, ludzie, mamy w genach ocenianie innych. Przyszywanie im łatek, pokazywanie, “jak ja na jego czy jej miejscu”. A to nieprawda, tym bardziej, że jednym z założeń mityngu jest, że nie teoretyzujemy. A to jest właśnie teoretyzowanie - emocje, okoliczności, presja czasu - wiele od tego zależy.
Myślę sobie jednak, że gorzej jest z tym, że każdego dnia oceniam siebie, będąc mistrzem wyszukiwania niedociągnięć, błędów czy po prostu potknięć. Najlejpiej wiem, że wtedy mi się nie chciało, wtedy się nie przyłożyłem, a tam po prostu czułem do tego niechęć. Oczywiście, próbuję zrobić swoją pracę dobrze, zakładając, by wykonywać ją z sercem, jakkolwiek byłaby skromna. Tylko że nie zawsze mam serce do pracy, którą wykonuję. A czasem, z drugiej strony patrząc, mimo całego zaangażowania, całego wysiłku, nie wychodzi to tak, jak bym chciał.
Wiem, że tak ma być, bo jest to część jakiegoś planu i wiem, że zrobiłem wszystko jak należy, próbując.
Czasem wiedza i myśli nie wystarczają.


Komentarze
Pokaż komentarze