Był taki moment w moim życiu, że otarłem się o śmierć. Właściwie były dwa takie momenty. Najpierw była operacja, którą zrobił mi człowiek o złotych rękach. Wspaniały człowiek.
Operacja była supertrudna, superdługa i doskonale się udała.
A jednak. Zwykle pilnuje się pacjenta przez dwie doby, bo coś może się podziać. U mnie podziało się pięć dni później, zaczęło się jakieś wewnętrzne krwawienie. Ten sam lekarz przyjechał do mnie w środku nocy i znów mnie uratował. Mimo że było to prawie północ.
Nie pamiętam, ile trwała operacja, nie pamiętam, co mi dali, pamiętam, że rano przyjechała do mnie Żona i tak bardzo ucieszyłem się że jest. Potem przyszła pielęgniarka stażystka, żeby mnie obmyć, Śliczna dziewczyna, młoda, z warkoczem. Byłem od niej starszy i dużo brzydszy. I poczułem się zawstydzony swoją nagością i brakiem estetyki, jaki sobą przedstawiam. A ona uśmiechnęła się do mnie i pomyślałem sobie wtedy, że to nieważne. Ona wykonuje swoją pracę, a ja jestem pacjentem. I przestałem się wstydzić. Przestałem się martwić.
Pomyślałem, że super jest to, że żyję. Tym bardziej po tym jak usunęła mi cewnik.


Komentarze
Pokaż komentarze