Czasem łapię się na tym, że zachowuję się jak mój ojciec. Jestem upierdliwy, narzekam i krytykuję świat wokół mnie. Jakbym miał do tego prawo.
Jednocześnie bardzo staram się nie być jak mój ojciec, dlatego naszych Synów próbuję traktować równo, najbardziej i najrówniej jak umiem. Mój ojciec faworyzował mojego brata, wymyślając na przykład, że skoro ja już mieszkanie mam, to swoje mieszkanie zostawi mojemu bratu.
Długo przeciwstawiałem się ojcu i miałem do niego żal. Nawet po jego śmierci nie potrafiłem mu wybaczyć. Nie wybaczyłem mu wciąż, różnica jednak teraz jest taka, że nie mam mu za złe. Rozumiem nawet trochę jego motywy. Jestem w stanie wyjaśnić niektóre jego tory myślenia, jak na przykład tę z mieszkaniem.
Wcale nie chciał dla mnie gorzej, niż dla brata. Po prostu uważał, że ja sobie poradzę. Właściwie to powinienem się czuć doceniony.
Nasi Synowie często powtarzają, że się czepiam, gdy czegoś nie zrobili. Jak płachta na byka działa na mnie ich sakramentalne; „czil”, „jest git” lub „wiado”. Że narzekam, gdy zwracam im na coś uwagę.
Godzę się z tym, że kiedyś to docenią. Może za dwadzieścia lat. Może za trzydzieści. Możliwe też, że tego nie doczekam, jak mój ojciec.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)