Nie rozumiem idei pomagania za wszelką cenę. Szczególnie, uważam, szkodzi to alkoholikowi. Nie uważam też abstynencji za najwyższą wartość. Inaczej mówiąc, uważam, że stwierdzenie, iż człowiek siedzi na mityngu i to jest cudowne, bo mógłby w tym czasie pić, najdelikatniej rzecz ujmując, nie jest do końca prawdą.
Znam wiele osób, które na mityngi przychodzą, jedzą paluszki, piją kawę i na tym kończy się ich uczestnictwo. Och, nie! Jeszcze zapalą papieroska w przerwie i wymienią się najnowszymi ploteczkami. Albo powtarzają stereotypy, typu: Dziś nie piję i żyję.
W samolocie, na początku lotu zawsze ktoś z obsługi tłumaczy gdzie są wyjścia i takie tam. Między innymi mówi, że w przypadku skoku ciśnienia, wypadną z góry maski tlenowe. Mówią też, że należy najpierw założyć tę maskę sobie, a potem dziecku. To logiczne - nieprzytomny rodzic na nic się przyda.
Co jednak, gdy ktoś dorosły z uporem maniaka nie życzy sobue maski tlenowej zakładać?
Naprawdę trzeba założyć mu ją przemocą?
Notkę można również obejrzec w formie materiału w serwisie YouTube.


Komentarze
Pokaż komentarze