Od pewnego czasu opadły mnie wątpliwości, czy warto jeszcze pisać te notki, o czym w nich pisać i jak pisać; słowo już bardzo rzadko staje się ciałem, a jeśli tak - to coraz bardziej szkaradnym. Słowo zresztą także utraciło swoją urodę, tak samo jak opisywany przez nie świat. Już pojawiły się publikacje o największej wulgarnosci współczesnej polszczyzny, w porównaniu z innymi językami. A warto przypomnieć, że na najwyzszy poziom wulgarnosci weszły książki, widowiska filmowe i teatralne już dziesiatki lat temu, i nie były to publikacje w pierwszym rzędzie polskie...
Choć takie pisanie rzekomo nie przynosi chwały, największe popisy wulgarności pojawiły sie w tzw. wybitnych utworach rzekomo wybitnych autorów; niektórzy wręcz uzyskali monopol na używanie wulgarnego języka i u nich jest on tolerowany jako "naturalny", jako najbardziej skuteczna forma ekspresji. Powszechne i wręcz masowe przejscie do języka wulgarnego w twórczosci zaliczanej do "kultury wyższej" przypomina masowe wtargnięcie na strony poważnych powieści i sztuk wszelkiego rodzaju przestępców i "czarnych charakterów", którzy zastąpili dawnych "pozytywnych bohaterów".
Ogromne zasługi w upowszechnieniu języka wulgarnego mieli i mają "tradycyjni" dziennikarze i publicyści, bliscy, jak wiadomo, tzw. rzeczywistości, w której wulgaryzmy i sprośności są rzeczą naturalną i normalną. U nas super-mistrzem okazał się niejaki Urban, kojarzony od dawna z procesem "urbanizacji" publicystyki i upowszechnianiem bezceremonialnego i bezkarnego kłamstwa... Dalsze kroki w tym procesie poczynili blogierzy, którzy czuli się bezkarni dzięki swej przeważającej anonimowości, pisząc wszystko to, co im ślina na język przyniosła...
Trwała i wciąż trwa inflacja wartości i zawartości słowa. Nie bardzo już wiadomo, jakimi słowami, rzeczownikami, przymiotnikami i przysłówkami można zaszokować czytelnika, wywołujac u niego takie czy inne emocje i kształtujac takie czy inne reakcje postawy. Sam staję często przed tym problemem, gdy próbuję wyrazić moje emocje wywołane stekami kłamstw różnych koniunkturalnych prezenterów , a szczególnie prezenterek pracujacych w polsko-języcznych "przekaziorach" (TVP, TVN, Superstacja). Będąc w sytuacji człowieka bezradnego wobec tego ogólnego kłamliwego i pełnego hipokryzji, codziennego bełkotu najchętniej użyłbym względem tych "gwiazd" m.in. słowa o podobnej końcówce ale od tysiąca lat używanego do określenia tzw. "cór Koryntu". No ale cóż dzięki temu osiągnę poza zarzutami o ..."wulgarność" i brak kultury? A one będą dalej bezkarnie uprawiały swój ulubiony i sowicie opłacany "nierząd"...
To, co napisałem wyżej to jedynie część kwestii. Pozostają także te, które dotyczą i tematów do refleksji, i form takiej refleksji w dzisiejszych czasach. Okazuje się, że podobne kwestie dręczą takich współczesnych publicystów, jak Rafał Ziemkiewicz, który może być porównywalny z Józefem Mackiewiczem, gdy chodzi i przenikliwość Jego diagnoz i wiarygodność prognoz. W tygodniku "Do rzeczy" pojawił sie Jego felieton pt. "Jak tu się śmiać?", zbiegając się z moimi wątpliwościami odnośnie sensu i stylu pisania.
Autor słusznie stwierdza: "Natężenie zidiocenia naszego życia publicznego dorównało scenariuszom (filmów) śp.Stanisława Barei. Aż się nie chce tego spisywać, punktować, zwłaszcza, że każdy dzień przyćmiewa poprzedni....Przepraszam, jeśli kogoś dotknąłem ale pisanie o tej władzy coraz bardziej budzi we mnie takie uczucie, jakbym się natrząsał z niepełnosprawnych".
Podzielam wrażenia wybitnego felietonisty tym bardziej, że od 1967 roku jakoś tam walczyłem z systemem opisywanym przez Bareję, a poza tym zajmowałem sie zawodowo, jako socjolog, osobami niepełnosprawnymi...
W jednym nie zgadzam sie jednak z Rafałem Ziemkiewiczem; nie może być jedyną formą walki z tą idiotyczną rzeczywistością III RP jedynie kpina, drwina, ironia i śmiech; już dawno to nie są formy wystarczające; wiele kwestii trzeba stawić super-poważnie i wręcz "na ostrzu noża" i honoru!
Najświeższe przykłady.
Dzieją się żałosne, urągające przyzwoitości, rzeczy w sprawie Grzegorza Przemyka. Otwieram (rzadko) GW i czytam artykuł Redaktora Naczelnego w tych sprawach. Jak wiadomo, uznał on głównego mordercę tego licealisty za "człowieka honoru", a teraz wyraża oburzenie na to, co się dzieje w tej sprawie. Jakie to proste, nieprawdaż?
W tym samym numerze GW niejaki Maziarski (czyżby to był syn tamtego ojca?) pisze bardzo pouczająco o Jedwabnem, gdzie ciemni Polacy-Chłopi zamordowali jakieś 1500 lokalnych Żydów, co jest prawdą. Ale ten sam autor słowem nie wspomni, że jakieś 4-5 lat wcześniej na polskich Kresach zamordowano jakieś 120 000-130 000 Polaków; uczynił to NKWD (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych), w którego szeregach co trzeci był pochodzenia żydowskiego (amerykański historyk,Thymothy Snyder, "Skrwawione ziemie"). Ani wspomniany autor,, Maziarski, ani prof.prof.P. Śpiewak i B. Engelking nie są zdolni, nie są w stanie skojarzyć tych faktów, a nawet związków przyczynowo-skutkowych pomiędzy mordowaniem Słowian przez komunistów z masowym udziałem Żydów jako sprawców tych mordów a stosunkiem tychże Słowian do Żydów w czasie ich zagłady przez ... Niemców (czyli Germanów).
Porównywalna ilość polskich ofiar, które zginęły w latach 1943-46 z rąk faszystów ukraińskich jest często przypominana, a nawet nazywana ludobójstwem, bo te mordy odbywały sie jawnie, w sposób okrutnie prymitywny. Żydzi, będący funkcjonariuszami NKWD, dobrze opłacani, wywozili swoje ofiary po cichu, nocą, mordowali także po cichu, strzałem w tył głowy, a ofiary ukrywali, zaliczając je "na konto" sowieckich instytucji...
Więc, Panie Rafale, żarty już bardzo dawno się skończyły, nie ma z czego drwić, kpić i śmiać się; jest wciąż mnóstwo spraw do rozliczenia, i to raczej pilnego, bo to właśnie mordercy się z nas ciągle śmieją... Jak mówił "klasyk": "skończyły się żarty, zaczęły się schody", o ile w ogóle były jakieś żarty...
I jeszcze jedna "drobnostka"...
W ostatnim numerze owej GW jest zamieszczony wywiad w Markiem Kondratem, znanym aktorem. We wstępnych słowach do tego wywiadu czytamy:
"Odciąłem się od rzeczy kompletnie błahych i niepotrzebnych. Od polityki, sporów, kto ma rację, a kto nie, kto kłamie, a kto mówi prawdę - za stary na to jestem..."... Autor tych słów kiedyś reprezentował polską kulturę, a i teraz ją firmuje, bo filmy z jego udziałem wciąż "chodzą". Gazeta, która te słowa eksponuje na pierwszej stronie pretendowała kiedyś do wyższych wartości.
Co się z nimi teraz stało?


Komentarze
Pokaż komentarze (1)