Chodzi głównie o kłamstwo płynące z milionów ekranów telewizyjnych do milionów widzów, tak samo zresztą jak z odbiorników radiowych i tzw. "łam"; kłamstwo upowszechnione przez tysiące funkcjonariuszy medialnych, bo trudno juz dzisiaj mówić o dziennikarzach czy publicystach - jest to juz gatunek ginący...
Dlaczego piszę tak pesymistycznie w ostatnim dniu tego niewesołego, zarówno dla Polski, jak i dla świata, 2013 roku?
Otóż dostałem dodatkowy impuls, dodatkowy sygnał, bardzo konkretny, który pogłębił moje coraz głębsze przekonanie o postępującej degradacji naszego społecznego świata.
Otóz traf chciał, że świąteczny czas spędziłem niemal po środku pomiędzy Doliną Kościeliską a Doliną Chochołowską, w prywatnym pensjonacie, dokładnie na skraju lasu, leżącego na brzegach Kirowego Potoku, pomiędzy "Harnasiem" oraz "Starym" i "Młodym Ziębą"; kto tam bywał, ten wie o co chodzi.
Uciekam tam jak tylko mogę, od hałasu stołecznego, rowerzystów jeżdżających po chodnikach, panienek i paniczów wdzierających się z psami do spozywczch sklepów, barów, kawiarni i restauracji. Tam tego jeszcze nie ma, a niedawne próby wtargniecia jakiejś brutalnej, hałaśliwej techniki (kwady, motocykle rajdowe itp.) zostały powstrzymane, przynajmniej chwilowo...
I w ten sposób stałem się naocznym świadkiem tego, co się tam przydarzyło pomiędzy wigilijną nocą (kolację wigilijną, wspaniałą zresztą, zjadłem właśnie w "Harnasiu") a drugim dniem Świąt. Na moich oczach, w ciagu kilku godzin, kilkaset drzew wspomnianego lasu zostało wyrwanych z korzeniami lub złamanych; wicher rzucał je jak zapałki, jedno na drugie, jak przysłowiowe zapałki. Po kilku godzinach ten kilkunasto-hektarowy teren wyglądał jak pole zboża scięte przez jakąś gigantyczną kosiarkę. A chodzi o grube świerki, znacznie wyższe niz najwyższe domy w tej okolicy. Na dom, w którym mieszkałem zostało rzuconych 6-7 takich drzew, na szczęście jego solidna konstrukcja wytrzymała ten atak!
Następnęgo dnia, gdy juz mogłem bezpiecznie wyjść z domu i przejść sie po okolicy - i gdy uruchomiono dopływ prądu - mogłem obejrzeć podobne zniszczenia na stokach wzgórz nad Dolina Koscieliską i Lejową, nad brzegami Czarnego Dunajca i Potoku Chochołowskiego, wokół siedlisk wspomnianej rodziny Ziębów...
Tysiące, tysiące połamanych i wyrwanych z korzeniami dzew, zwalonych na stosy, tarasujących wszystkie znane mi dotychczas przejścia. Obraz prawdziwego kataklizmu. Czegoś podobnego jeszcze w zyciu nie widziałem...
Ale gdy wróciłem do mego pokoju i włączyłem telewizor, w drugi dzień Świąt po południu, dowiedziałem się z rządowych "przekaziorów" , że, owszem, był halny w Zakopanem i okolicach, kilkadziesiąt osób rannych i kilkadziesiąt domów uszkodzonych, no i , uwaga!, "ucierpiało kilkaset drzew". Krótko mówiąc, "Polacy, nic się nie stało!". Jeszcze w sobotę powtarzano na rządowych kanałach podobne bzdury! Zresztą w tym dniu pan premier raczył nawiedzić Podhale i potwierdził publicznie taką opinię. Dodał przy tym, że nie ma o czym mówić, i że wystarczy te kilka tysięcy pomocy tym najbardziej potrzebującym. A ludzie zorientowani, tzw. starzy górale, mówią, że od 45 lat nie było podobnego kataklizmu!
No, ale wiadomo, nie lubią tam PO i pana premiera osobiście więc i on ich nie lubi. A filozofia tej "partii kierowniczej" i jej lidera jest, jak wiadomo, prosta: "Po nas choćby potop!!"; czy chodzi o OFE czy też o Tatrzański Park Narodowy... Co tam jakieś kilkadziesiąt tysięcy zniszczonych drzew z najpiękniejszych polskich lasów, nie ma o czym mówić! Przecież "polskość to nienormalność!"
Konkluzje:
Pierwsza,smutna: nasze "środki komunikacji musowej" powróciły do epoki wczesnego Gorbaczowa (Czarnobyl!) i późnego Jaruzela; obowiązuje wspomniane wyżej hasło: "Polacy, nic się nie stało!" Bawmy się na wszystkich kanałach! Na katastrofę własnej elektrowni jądrowej jeszcze poczekamy, chyba że coś "pieprznie" u naszych sąsiadów...
Druga, optymistyczna: gospodarze Podhala już o świcie drugiego dnia Świąt wzięli się do roboty, której im wystarczy na wiele miesięcy, nikt im za nią nie zapłaci; wiedzą, że na ten rząd - i na takie państwo - nie mogą liczyć. Żyją w kolonii, do której się jeździ (co czwarty samochód z warszawską rejestracją, krążą tu legendy o hektarach wykupionych przez warszawskich prominentów, m.in. byłych ministrów III RP) ale żeby tym "kolonistom" pomagać?!
I pamiętajcie Państwo: Jeśli rządowe "przekaziory" mówią, że w jakiejś antyrzadowej manifestacji uczestniczyło kilkaset osób - to znaczy, że było ich kilkaset tysięcy!
No i niech tak będzie w nadchodzacym, Nowym (może jednak lepszym) Roku!


Komentarze
Pokaż komentarze (3)