15 obserwujących
49 notek
188k odsłon
984 odsłony

8.3 - Mijając wymarłe wsie

Wykop Skomentuj11
Gdzieś w środku zimy nadeszła wiadomość od ojca, wzywał nas do siebie. Trzeba natychmiast jechać do Połtawy, pod podany adres. To dzięki Duni, która przynosiła nam te radosne wiadomości. A radość nasza była ogromna. Pomału zaczęłyśmy się szykować do podróży.

Trzeba było się jakoś zabezpieczyć, zrobić małe zapasy żywności, a to nie należało do łatwych. Sklepy świeciły pustkami, ale coś tam kupiłyśmy. Czekała nas niebezpieczna podróż. Trzeba przemierzyć kawał drogi pieszo, by wyjść ze strzeżonego dniem i nocą obszaru - ze strefy zesłańców.

Mama wzięła w fabryce kilka dni urlopu, celem zmylenia czujności, by natychmiast nas nie poszukiwano. W ciągu tych paru dni uciekłybyśmy trochę i może nawet uniknęłybyśmy pościgu. Została nam jeszcze doba. Musimy zdecydować - uciekać czy zostać?

W razie wpadki mama natychmiast zginie. Ciarki przeszły mi po plecach. A ja? Ja, jako nieletnia byłam w lepszym położeniu. Na razie będę żyła, ale państwo odpowiednio zaopiekuje się mną - groziłby mi poprawczak, czyli więzienie dla nieletnich. To już lepsza natychmiastowa śmierć.

Rozmawiałyśmy całą noc i stanęło na tym, że zaryzykujemy. Może się uda? Dopiero nad ranem zmorzył mnie niespokojny sen, a mama w ogóle nie zmrużyła oczu. Gdy się obudziłam było już późne popołudnie, a nasze skromniutkie bagaże zostały spakowane. Na dworze coś się zmieniło. Śnieg był miękki i nie skrzypiał pod nogami, a szron na ścianach skurczył się i był ciemniejszy, wilgotny. Przyszła chwilowa odwilż.

Korzystając z ładniejszej aury, wyruszyłyśmy. Jeszcze tylko krótka modlitwa, bolesny skurcz serca i wyruszamy w nieznane. Czy unikniemy pogoni, czy Bóg zachowa nas przy życiu? Pragnienie wyrwania się z piekła niewoli było silniejsze od strachu i śmierci.

Małe okienko zasłoniłyśmy firanką, chatkę zamknęłyśmy na kij, i w drogę. Idąc znowu modlę się i proszę Boga o opiekę. Pochmurne niebo i ciemności sprzyjają ucieczce. Na niebie nie widać ani jednej gwiazdki, która by nas prowadziła, tylko od czasu do czasu zza chmur wypływa okrągły księżyc. Na plecach mamy worki-plecaki z niezbędnymi rzeczami i chlebem. Całe nasze postacie otulają ciepłe chusty, które w 1932 roku ocalały, schowane pod łóżko i teraz tak się przydały.

Bez żalu opuściłyśmy miejsce zesłania i naszą "eskimoską" chatkę.
- Nie oglądaj się - upomina mama - żebyśmy nigdy nie musiały tu wrócić!

Ulice są całkiem puste, ale strach nas goni. Idziemy bardzo szybko. Po minięciu miasteczka czujemy już zmęczenie. Trzeba zwolnić, by starczyło sił do końca do końca podróży. Do świtu przeszłyśmy spory kawał drogi, kierując się według drogowskazów. Jesteśmy szczęśliwe, że nam się udaje. Na drodze napotykamy wymarłą wieś. Dopóki nie widać ludzi, których boimy się jak śmierci, idziemy dalej. Ale zmęczenie daje już o sobie znać. Trzeba koniecznie odpocząć, zwłaszcza, że noc minęła, a w dzień wszędzie czyha niebezpieczeństwo. Wybieramy jedną z pustych chat. Przytulone do siebie mocno zasypiamy.

Kiedy się budzę, mama już nie śpi. Za oknem znowu jest noc. Zjadamy po kromce chleba i ruszamy w dalszą drogę. Po przespaniu całego dnia czuję się spokojna i bezpieczna. Noc jest jaśniejsza niż poprzednia a księżyc pokazuje nam kierunek.

Naraz dolatuje z oddali tętent koni.
- To na pewno patrol! - mówi mama. - Czyżby już tutaj miał być koniec naszej ucieczki?

Aż dziw, że strach nie zmniejszył przytomności umysłu. Oczyma szukamy miejsca do schronienia, ale oprócz wysokich traw i ubiegłorocznych zeschłych trzcin nic nie widzimy. Z drogi szybko skręcamy w rów i kierujemy się na trzciny. Zamarznięty śnieg łamie się pod nogami, a ślady na nim są głębokie i świeże. Już w trzcinach kładziemy się na śnieg i czekamy - ciemne dwie postacie widoczne z daleka aż za bardzo. Nie ma cudów - zauważą nas!

Strach jest tak wielki, że drży całe ciało, zęby głośno dzwonią. Wściekła byłam na siebie, dlaczego tak drżę? Co to jest z tymi zębami? Mama przecież również się bała, ale wydawała się być spokojną - leżąc na zlodowaciałym śniegu modliła się cichutko. Ja nawet modlić się nie mogłam.

Jeźdźcy nieubłaganie zbliżali się do naszej kryjówki. I nagle stał się cud! Duża granatowa chmura zasłoniła księżyc. Na chwilę zapanowała zupełna ciemność. Nie widać było świeżych śladów na śniegu i ciemnych postaci na śniegu. Patrol mija nas. Chyba tym razem jesteśmy uratowane.

Stopniowo ustępuje skurcz serca. Teraz i ja modlę się, prosząc Boga o ratunek, który już nadszedł. Czekamy jeszcze chwilę i dopiero, kiedy tętent zupełnie się oddalił wychodzimy na drogę. Mama patrzy jeszcze chwilę na naszą śnieżną kryjówkę.
- Gdyby nie ta wielka chmura, którą przywiał północny wiatr, byłoby już po nas! - szepnęła. - Przecież byłyśmy całkiem widoczne.

Zapamiętałam sobie to wydarzenie na całe życie. Czarna chmura stała się naszym ratunkiem. Coś napełniło nas nadzieją i otuchą, może to była opatrzność. Ktoś niewidzialny czuwał nad nami.

Szybko idziemy dalej, aż do zmęczenia. Mijamy następną wieś, prawie wymarłą. Jedynie kilka chatek żyje. Poznajemy to po wydeptanym śniegu i oknach. Chaty z żywymi ludźmi otulone były trzcinami, które chroniły przed wiatrem i mrozem.

Na końcu wsi stała chatka, nawet nie brzydka, w której były okna, ale nikt tu nie mieszkał, nikt nie wydeptał śniegu.
- Tu odpoczniemy - postanowiła mama.

Grzęźniemy w wysokim śniegu. Powoli odsunęłyśmy wyjęte z zawiasów drzwi i weszłyśmy do środka. Oczom naszym ukazał się niesamowity widok. Dwa białe szkielety ludzkie, okryte jakimiś łachmanami leżały obok siebie zagradzając przejście.

- Wszelki duch Pana Boga chwali - szepnęła mama i dała mi znak ręką. Wzywała mnie. - Chodź, chodź, nie bój się, to tylko umarli.

Nagle z ulicy doszedł stukot kopyt końskich i głośna rozmowa. A więc to już następny patrol tej nocy. Nie ma czasu na strach, na zastanawianie się. Z sieni szybko wchodzimy do izby i zastygamy w bezruchu za resztkami drzwi.

Słychać odgłos kroków, padają drzwi wejściowe! Idą, idą! Złapią nas! Naraz rozległ się ochrypły, zdławiony strachem krzyk.
- Uciekajmy, tu są trupy, szkielety!
Wystraszeni milicjanci uciekli, wsiedli na konie i galopem popędzili przed siebie. A my uklękłyśmy obok zbielałych kości, modląc się i płacząc na przemian.

Modliłyśmy się za dusze zmarłych śmiercią głodową, które w tak niesamowity sposób uratowały nas tej nocy. Spałyśmy tutaj cały dzień, pewne, że nic złego nam się nie stanie. Naszego snu pilnowały dwa duchy.

Wykop Skomentuj11
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale