15 obserwujących
49 notek
188k odsłon
937 odsłon

9.2 - Duch pod oknem

Wykop Skomentuj14
I znowu zaczynamy od zera. Dla ojca znalazła się praca w spółdzielni szewskiej, a mama zaczęła pracę w szpitalu jako salowa. Mieszkanie wynajęliśmy na wsi. Był to wąski pokoik z drewnianą pryczą i okrągłym piecykiem do ogrzewania i gotowania strawy. Byle przetrwać najgorsze, byle nie dać się schwytać.

Ta ucieczka okazała się jednak błędem. W małym miasteczku jako Polacy byliśmy bardzo widoczni. Nie trzeba było długo czekać. Zaledwie po kilku dniach pracy ojciec wieczorem nie wrócił do domu. Tym razem cios zadano w biały dzień. To był najokrutniejszy i najboleśniejszy cios. Zdawało mi się, że nie potrafimy żyć bez ojca. On przecież był dla nas wszystkim...

W szkole zabrakło nauczycieli, w fabrykach - fachowców. Życie jednak toczyło się dalej. Tak samo jak w czasie głodowania w 1933 roku, tak i teraz z ulicznych głośników radiowych płynęła skoczna i wesoła muzyczka, a także hymny pochwalne na cześć wodza rewolucji, ojca, nauczyciela i opiekuna narodów, towarzysza Józefa Wissarionowicza.

Matka załamała się całkowicie. Wychodziła codziennie do pracy, ale w szpitalu jej nie było. Gdzieś błąkała się zagubiona, wylękniona, bez iskierki nadziei. Nie wiadomo czy w ogóle coś jadła, czy spała? Z twarzą pociemniałą, wychudzoną i wzrokiem bez wyrazu nie odpowiadała na pytania. Milczała.

Lekarz stwierdził depresję i ogólne załamanie. Choroba wymagała leczenia szpitalnego. Wbrew wszelkiej logice okazało się to ratunkiem. Był to mimowolny, niezamierzony unik przed więzieniem, a w konsekwencji przed śmiercią. Wczesną wiosną, a był to już rok 1938, mama opuściła szpital, ale czy była zdrowa? Nadal milczała i była obojętna na to co się wokół niej działo. Wciąż szukała jakiegoś oparcia, ratunku i w ostateczności wróciła do Połtawy. Za kilka dni w ślad za nią pojechała babcia.

W takich to okolicznościach straciłam obojga rodziców, straciłam naprędce sklecony dom rodzinny. Zostałam sama i chociaż byłam dorosła, to żadnej pracy nie dostałam. A mogłabym przecież pracować w szpitalu jak mama...

Nie miałam więc żadnych środków do życia. Na szczęście z pokoiku mnie nie wyrzucono. Chodziłam nadal do szkoły i nie dawałam poznać po sobie, że jest mi źle. Parę groszy, które wygrzebałam w kieszeniach i portmonetce były właściwie zerem. Zawsze jednak trafiałam na ludzi dobrych. Taką była moja gospodyni - właścicielka mieszkania. Zawsze kiedy wracałam ze szkoły miała dla mnie talerz pożywnej zupy, a na kolację szklankę mleka.

Starałam się jej odwdzięczać za dobroć serca. Byłam w tej rodzinie czymś w rodzaju służącej. Przestałam wierzyć w dobry i łaskawy los. Czas mijał, dni się dłużyły. Czułam się bardzo samotnie. Nie pamiętam, żebym miała jakieś przyjaciółki. A może wszyscy odsunęli się ode mnie?

Bez przerwy myślałam o ojcu; jak się czuje, czy torturowany cierpi. Tak bardzo pragnęłam, żeby jego cierpienia nie trwały długo. Nie wierzyłam w jego powrót - z piekła nikt jeszcze nie wrócił. Mama z babcią również milczały. Jeden, jedyny list pisany ręką babci, bardzo mało czytelny, dostałam wkrótce po jej wyjeździe. Miałam więc ich adres i bardzo dużo pisałam, a one milczały.

Całe szczęście, że praca u gospodarzy pochłaniała cały mój czas. Po ciężkim dniu usypiałam kamiennym snem. Pewnej nocy śniło mi się, że ktoś puka do okna, a później do drzwi. W oknie, przy świetle księżyca ujrzałam twarz ojca. Ogarnął mnie lęk. Pewnie już nie żyje, a to jest jego duch!?

Ta myśl odebrała mi całą siłę. Nie mogłam się obudzić, nie miałam siły wstać, żeby otworzyć drzwi. Zrobiła to właścicielka mieszkania. Ojciec żywy, nie duch, wszedł do pokoiku, i nie był to wcale sen. Cóż to było za spotkanie! Padliśmy sobie w objęcia i tak trwali. Płakałam ze szczęścia i ojciec płakał i nie wstydził się swoich łez. Wychudzona twarz, przedwcześnie zbielałe włosy i bardzo smutne oczy nadawały jego twarzy wyraz męczeństwa. Poznałam, że cierpiał niemało, przeżył gehennę, ale wrócił!

Długo ze mną nie zabawił. Zjadł trochę, ogolił się i umył i jeszcze tej samej nocy wyjechał do mamy. Gdyby został do rana byłby po raz drugi aresztowany. Wczesnym rankiem zjawiła się milicja. Przyszli po ojca. Przeszukali całe obejście. Nikt z domowników nie zdradził, że ojciec był u mnie, a ja uparcie twierdziłam, że nikogo w nocy nie widziałam. Postawili więc wartę przy domu i czekali.

Dopiero po kilku dniach warta została usunięta, ale niespodziewane najścia ciągle się pojawiały. Ja listownie powiadomiłam babcię o tych wizytach. Jakie to szczęście, że milicja zgubiła trop, że nie znała adresu.

Dopiero w 1939 roku dowiedziałam się, w jaki sposób ojcu udało się wyjść z więzienia. Otóż w czasie procesu sądowego, podstawiony, fałszywy świadek cofnął zeznania złożone pod presją. Wszystko zostało zanotowane. Dzięki temu ojciec odzyskał wolność, chociaż oskarżenia były bardzo poważne. Groziłaby za nie kara śmierci.

Ojciec rzekomo siał wrogą propagandę - przeciw państwu sowieckiemu. Twierdził podobno, że Polska zmieni swoje granice i będzie sięgała od Morza Czarnego do Bałtyku. „Świadek”, który nie podpisał się pod fałszywymi zeznaniami, nigdy już nie powrócił do domu. Zginął w więzieniu, albo obozie. W tamtych czasach za uczciwość, prawdomówność, czyste sumienie i godność płaciło się najwyższą cenę.

Tata wrócił do Połtawy, ale nie było tam bezpiecznie. Będąc Polakiem nie miał żadnych szans, zwłaszcza, że był ścigany. Listy gończe na pewno zostały rozesłane. Zameldowanie w miejscu zamieszkania równało się wyrokowi śmierci, a bez meldunku nie było pracy. I w ten sposób kółko się zamykało. Wytworzyła się sytuacja bez wyjścia.

Nawet mama, rzekomo wyleczona, mogła być w każdej chwili zaaresztowana. To nic, że pracowała. Zarobki w lakierni fabryki meblowej były tak niskie, że obie z babcią dosłownie głodowały.

Hasło „KTO NIE PRACUJE, TEN NIE JE” nie dotyczyło Polaków. Polak pracował, ale jeść nie musiał. Mieszkanie składające się z ciemnej komórki bez pieca i okna dopełniało reszty. Gdzie gotowały wodę i posiłki? Jak mogły żyć w takich warunkach? A jednak przetrwały! Jak wiele może znieść człowiek?!

W takich lub podobnych sytuacjach niektórzy decydowali się na zbiorowe samobójstwa. Łaskawsza była natychmiastowa śmierć niż powolne konanie w obozie, lub zdychanie z głodu.

Wykop Skomentuj14
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale