Dzisiaj będzie o tym, na czym się znam.
Czyli o pieniądzach.
Przysłuchując się problemowi emerytur w maistreamowych mediach wpadły
mi w ucho szczególnie dwie wiadomości.
Pierwsza: pewna pani (wysoko postawiona w PKPP Lewiatan) uznała,
że tzw model kanadyjski (każdy odkłada drobne sumy co miesiąc na
nędzną, ale umożliwiającą przeżycie emeryturę państwową, o resztę dba
we własnym zakresie) nie przejdzie w Polsce, bo Polacy nie potrafią
oszczędzać i nie mają nawyku dbania o swoją przyszłość.
Druga: pan minister Rostowski stwierdził (GW z listopada 2009),
że najlepszym funduszem emerytalnym jest tzw czwarty filar: dzieci.
Trzecią dodam od siebie: lord Keynes, guru ekonomii od 70 lat
(we`re all keynesians now - ktoś rzekł i niestety, ach niestety miał rację...)
indagowany, dlaczego wszystkie jego analizy mają charakter krótkookresowy,
miał odrzec: "ależ w długim okresie i tak wszyscy będziemy martwi!"
Wśród ludzi starszego pokolenia oszczędność jest normalnym stanem.
Każdy, szczególnie na moim rodzinnym Śląsku uznawał za normalne, że się
"odkłada". Do teraz pokolenie dziadków i co starszych rodziców uważa wzięcie
kredytu za sporą niefrasobliwość, dowodzącą nieumiejętności elementarnej
gospodarki. Wywianowanie dzieci, budowa domu stanowiły długookresowy
cel. To przetrwało mimo ogromnej inflacji początku lat 90, dewaluacji itd.
Dlatego oczywistym jest dla mnie, że, wbrew pani z Lewiatana Polacy
potrafią o siebie zadbać.
Przyjżyjmy się ZUSowi. Chodzą słuchy, że gdy będę przechodził na emeryturę,
już długo świadczenie będzie wynosić mniej niż 30% ostatniej pensji. Sądzę,
że w tym względzie już dawno osiągnęliśmy system kanadyjski, tylko ciut droższy.
Mężczyzna zarabiający 3000 PLN (średnia krajowa łącznie z Kulczykiem) brutto
odkłada co miesiąc ok 580 zł samej składki emerytalnej. Zakładając, że co miesiąc
kupowałby za te 580 zł obligacje zarabiając te 3000 pln brutto przez całe życie
(pozwalam sobie uprościć model: wiadomo, że na początku jest to mniej,
potem zaś znacznie więcej), po 40 latach pracy (powiedzmy, że pracownik był na
studiach) przechodzi na emeryturę mając na koncie z 850 000 zł
(zakładam 5 % w skali roku). I tu miałby dwa wyjścia. Albo wsadzić te pieniądze
na lokatę (znów 5%) i żyć z odsetek (bagatela 3541,66 miesięcznie na rękę) i
zostawić wnukom te 850 000 na rozkręcenie biznesu, dom, cokolwiek, albo
wyciągać z konta 5683,85 miesięcznie przez 20 lat (pieniądze się skończą
w wieku 85 lat) i mieć hi-life.
Nieźle, z samej składki ZUSowskiej przy niezbyt okazałych danych. Super, nie ?
Tylko że teraz kilka słów o tym, dlaczego nie jest wcale tak różowo.
Dawno temu pewien złodziej dzierżący tekę premiera dowalił 19%
podatek zyskom kapitałowym. Jak to u marksistów, idea szczytna: dowalenie
bogatym, skutek marny: dowalenie biedakom. Przeanalizujmy sytuację ponownie:
stopa procentowa o te 19% mniejsza (4 pkty procentowe).
Tym razem nasz emeryt w wieku 65 lat będzie miał kapitał 661 377 zł.
Mniej. W dodatku (uznajmy, że był dobrym dziadkiem i żyje tylko z procentu,
nie przejada kapitału) jego odsetki są kasowane co miesiąc o 19%.
To daje mu już tylko 2232,15 zł co miesiąc na rękę. Niby niewiele, ale dobra
psu i mucha, szczególnie gdy porównamy ją do emerytury ZUSowskiej, gdzie
żeby mieć ponad 2000 na rękę to trzeba zrobić rozróbę pod Sejmem i popalić
nieco ogumienia. No i pieniążki dla wnusiów. Co 600 tysięcy to 600 tysięcy.
Gdzie by tam ZUS wypłacał komuś jakiś kapitał... Nawet po obłożeniu
podatkiem od spadków jest to suma godna uwagi.
Ale skoro w dalszym ciągu jest tak fajnie, to czemu jest tak marnie ?
Cóż, i tu się kłania w pas czarujący lord Keynes (niech mu ziemia ciężką będzie).
Odkąd ukochane dziecko pana Keynesa (oczywiście ideowe. Jako homo
i hedonista nie mógł mieć normalnego) czyli pieniądz fiducjarny zaistniał
w świecie, dziwnym trafem mamy nieustanną, chroniczną i "niezwalczalną"
inflację. Hmm, pomyślmy. Pieniądz jest papierowy, nie ? Monopol na jego
drukowanie ma Bank Centralny. Hmm. Władze NBP: obsadzanie przez sejm,
prezydenta, generalnie władze publiczne. Mamy zatem siedzącego na
drukarce Wielkiego Fałszerza i tak zwaną kreację kredytową, która "kreuje"
oszczędności, które, jak dowodził niezbicie lord Keynes, są "realne jak każde
inne" (tak, chodzi mi o tę kreację pieniądza, wskutek której z oszczędności rzędu
1000 zł robi się 33 000 zł kredytu, oczywiście "realnego jak każdy inny"),
inflacja nie znika. Czasem 5, czasem 10, czasem 50 procent rocznie.
W ciągu ostanich kilku lat nie przekracza co prawda 5%, ale ciagle jest. I nie
ma żadnego sensownego powodu, dla którego możnaby założyć, że taka
pozostanie przez następne 40 lat.
Skorygujmy zatem nasze dane o inflację. Załóżmy (naiwnie, mocno
naiwnie !) 3 % inflacji przez następne 40 lat. Zaznaczam po raz kolejny,
że założenie jest niesamowicie optymistyczne.
3% inflacji przez kolejne 40 lat spowoduje, że, gdy przejdzie nasz dziadek
na emeryturę, ceny będą stanowiły 326% tych sprzed lat czterdziestu.
Podzielmy zatem nasze 2230 miesięcznie przez 3,26 i...
683,62 zł.
Gratuluję, witamy w ZUS !
Droga pani z Lewiatana: dziwi się pani Polakom, że nie odkładają na starość ?
Wiedzeni zdrowym instynktem być może widzą, jakie to opłacalne.
Drogi panie Rostowski: pogratulowałbym panu podejścia. Naprawdę IV filar
to jedyne sensowne rozwiązanie. Sęk w tym, że jest pan ministrem finansów.
Mógłby więc pan u licha załatwić sprawę tak, by IV filar był jedną z opcji,
nie zaś jedyną możliwą. Sądzę, że dla wykładowcy London School of
Economics (duch Hayeka ciągle gdzieś się tam błąka przecież) nie jest to rzecz niemożliwa.
Drogi panie Keynes. Dziękuję panu, że spieprzył pan życie kilku pokoleniom
wprzód. W gruncie rzeczy miał pan rację: i tak się pan taktownie przekręcił
a jedyne, czym wdzięczne generacje mogą się panu odwdzięczyć,
to zdesakrowaniem grobu.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)