Dzisiejsza Rzepa podaje nowinkę (nie cierpię słowa news) na temat podziału środków z programu "Kierunki Zamawiane", skierowanego do politechnik.
www.rp.pl/artykul/19,484685_Pieniadze_dla_uczelni.html
W internetowym wydaniu w stosunku do wersji papierowej (którą mam przed oczami) zabrakło jednego fragmentu, w którym oddano głos pani minister Kudryckiej. Pozwolę sobie zacytować ów fragment:
" Na liście resortu nie znalazła się najmocniej oblegana przez kandydatów (osiem osób na miejsce) i bardzo dobrze oceniana przez pracodawców Politechnika Warszawska.
- Nie wystarczy być dobrą uczelnią, trzeba to jeszcze udowodnić we wniosku. Politechnika nie opisała swego potencjału -tłumaczyła prof. Kudrycka. "
Jako mieszkańca Śląska bardzo cieszy mnie, że środki trafią na rozwój Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Masa łebskich ludzi się tam kształci a nie każdego stać na kawalerkę na Pradze (gdzie, chociaż fruwają siekiery, ceny są jak za apartamenty na wybrzeżu Hiszpanii).
Urzekł mnie jednak pogrubiony wyżej fragment wypowiedzi pani minister, który doskonale oddaje to, z czym stykają się wszyscy petenci (przedsiębiorcy, uczelnie, osoby prywatne) na polu pozyskiwania dowolnych środków publicznych.
Na rynku jest tak, że środki pozyskuje z reguły ten, który sprzedaje najlepsze towary, najlepiej zaspokaja potrzeby innych, przez co ci inni są skłonni mu dawać odpowiednią ilość pieniędzy (nie mówię tu o sytuacji, gdy inni MUSZĄ dawać pieniądze: zrzucać się bryniolowi w bramie na wino, płacić podatki albo opłacać (niegdyś, nim pojawiły się komórki) abonament tepsie). W pewnym sensie jest też tak z uczelniami jeśli chodzi o konkurencję wewnątrz tego samego kierunku (bo wiadomo, że najbardziej oblegana jest psychologia, marketing i politologia i to raczej nie z powodu wysokiej jakości kształcenia): ludzie walą na Politechnikę Warszawską bo uchodzi za lepszą od Śląskiej. Ile w tym prawdy, nie wiem, ale coś musi być na rzeczy, skoro ludzie z Warszawy nie walą do Gliwic.
Tymczasem środki dostała PolŚl. Sam fakt w sobie nie byłby niczym nagannym, gdyby pani minister powiedziała, że nie chce monopolu jednej uczelni. Że chłopaki z Gliwic też odwalają świetną robotę. Że studiuje tam masa ludzi z południowej Polski, którzy też płacą podatki i zasługują na sensowną uczelnię.
Ale pani minister mówi, że PolŚl dostała środki dlatego, że napisała fajny wniosek w którym nie brakło ani jednego przecinka, toteż przypadł on do gustu biurwom.
To samo jest ze środkami unijnymi. Kto rozdziela środki unijne ? Urzędnicy. Opowiadano mi o przypadku, w którym przedsiębiorstwo wypełniło wniosek o dopłatę z Unii i w załączniku, zgodnie z procedurą, wysłało swój bilans. Podanie miało wszystkie przecinkii i formalizmy w porządku, a że z bilansu wynikało że firma jest bankrutem ? No, panie, do tego to już trzeba umieć czytać bilans.
Co byśmy poczęli bez wolnej konkurencji...
Środki rozdzielane między mistrzów przecinka pochodzą najczęściej z kieszeni przedsiębiorców, którzy sprzedają najwięcej (toteż płacą najwięcej VATu i CITu). Zatem przedsiębiorcy skuteczni w zaspokajaniu potrzeb społeczeństwa karani są, a nagradzani są przedsiębiorcy skuteczni w zaspokajaniu estetycznych potrzeb Urzędu Marszałkowskiego/pani minister Kudryckiej.
Podobny mechanizm ma miesce zresztą w przypadku samotnych matek: w większości są to po prostu krótkowzroczne i niezbyt rozgarnięte (ale zawsze z wielkimi pretensjami!) osobniczki, które państwo nagradza funduszem alimentacyjnym i dotacjami socjalnymi. A potem wielkie zdziwienie, że mamy coraz więcej samotnych matek...
Tak na zakończenie: pamiętacie jeszcze historyjkę o przedsiębiorstwie-bankrucie, składającym wniosek o dotacje unijne ? Wniosek przeszedł praktycznie wszystkie szczeble biurokratyczne po czym upadł, gdyż zaskarżył go potajemnie konkurencyjny przedsiębiorca wskazując na jego bankructwo.
Co byśmy zrobili bez wolnej konkurencji...


Komentarze
Pokaż komentarze (5)