Na początku studiów pewna wykładowczyni ostrzegła nas, studentów, byśmy uważali i nie przekraczali broń Boże prędkości. W tamtym czasie mocno nabrzmiała medialnie sprawa dziury budżetowej, ewentualnej podwyżki podatków i konieczności jej łatania, toteż owa poczciwa kobieta powiedziała nam, że w związku z tym prawdopodobnie wyroi się pełno "smerfów" czepiających się o byle co, aby i polski student mógł wartością swojego mandatu przysłużyć się do naprawy finansów publicznych.
Ja co prawda jako i wtedy, tak i dziś tłukę się autobusami, ale cały tok rozumowania wydaje mi się całkiem logiczny, szczególnie, gdy słyszę takie rewelacje jak podatek ekologiczny.
Nie lubię ani bufona Kołodki ani Człowieka Bez Peselu (Jacka VIncenta Rostowskiego), ale Kołodkę szanuję. Facet wprost wziął i wysnuł swój (chybiony co prawda) pomysł dodatkowego otaksowania społeczeństwa celem ratowania powodzian.
Tymczasem VinCent, mając na uwadze wybory prezydenckie oczywiście dementuje ohydne i obrzydliwe pomówienia jakoby po wyborach miał podnieść podatki, a co dopiero przed... A powodzianom pieniądze trzeba dać, tak mówią przecież spece od pijaru. Stąd widać, w jakim celu tylnymi drzwiami wraca stary i głupawy projekt podatku ekologicznego. Bo że ze stanem samochodów i środowiska nie ma absolutnie nic wspólnego, to chyba nie muszę nikogo przekonywać.
Nikt nie jeździ starym autem z sympatii do graciarni.
Nikomu dodatkowa opłata nie ułatwi zakupu nowego samochodu.
Nikt nie gwarantuje, że środki uzyskane z tego podatku nie podążą tropem podatku akcyzowego na samochody (wprowadzony w celu... ochrony środowiska), podatku drogowego (tego w paliwie, co to rzekomo miał iść na budowę dróg) czy innych bzdur. Pójdzie do wspólnego wora. Na limuzyny, rady nadzorcze, agencje, mundurówy. No i powodzian koniec końców.
Propozycja Kołodki była o tyle uczciwa, że specjalny podatek miał trwać rok. A zgodnie ze starą zasadą podatkową, raz nałożony podatek nie znika nigdy.


Komentarze
Pokaż komentarze