Prasa ekonomiczna dzieli się na miękką i twardą. Pb, The Economist i kilka innych tytułów to prasa miękka. Pisze generalnie o rzeczach interesujących, fajnych i sympatycznych: a to wydobycie surowców, a to jakaś wielka fuzja, a to jakiś mały krach. Używa do tego najczęściej keynesowej gramoty. Jak na załączonym obrazku:
www.pb.pl/2/a/2010/08/27/Bernanke_uspokaja_rynki
Największą zmorą, istną apokalipsą dla mainstreamowej (keynesowej) ekonomii jest DEFLACJA. A właściwie UNSPEAKABLE DEFLACJA OF DOOM. W mrocznych komnatach siedziby FEDu, oświetlonych migającym blaskiem pochodni prezes z wiceprezesami szepczą do siebie, że nadchodzi Sam-Wiesz-Co.
Na szczęście na straży stoi profesor Bernanke i Zakon Drukarki.
Tradycyjnie, zwracam uwagę szanownych Czytelników na kilka charakterystycznych zwrotów:
"Ryzyko pojawienia się deflacji nie jest duże, ale gdyby się ona pojawiła, FED nie będzie siedział z założonymi rękami"
No pewnie, że nie. Będzie drukował aż miło Trybuny szaleją !
Ben obiecał, że będzie czujny, i gdy tylko inflacja spadnie, odpali prasy.
Deflacji nie było w Stanach podaj od I wojny światowej (od założenia FEDu w 1913).
Lata 1875-1890 to okres ciągłej, stałej deflacji (a raczej spadku cen), spowodowanej postępem technicznym. Gwoździe potaniały, bo ulepszyła się technika produkcji gwoździ. Stopniowa deflacja jest zatem naturalnym stanem rzeczy. Technika ciągle się rozwija (choć wiadomo, że jedne rzeczy będą taniały bardziej, inne mniej a inne być może wcale), tymczasem ceny... nieustannie rosną. Que passa ?
Inflacja jest podatkiem i to bardzo egalitarnym. Podatek inflacyjny płacą wszyscy, biedni, bogaci, mali, duzi, brzydcy. Nawet posiadacze złota, miedzi i ziemi, o ile parają się pracą i zarabiają w papierze. Najlepsze w nim jest to, że nadaje się doskonale do fałszowania. Co więcej, nawet jego sprawcy mogą być przekonani, że jest niższy niż w rzeczywistości.
Jak się fałszuje inflację ? O, na wiele różnych sposobów. Na przykład NBP nalicza wskaźnik inflacji posługując się koszykiem pewnych dóbr i badaniem ich ceny. Potem sumaryczną zmianę podaje się jako wskaźnik, na podstawie którego ustawowo wylicza się w gospodarce mnóstwo rzeczy. No więc od dłuższego czasu NBP chyłkiem wyrzuca z koszyka kolejne dobra. Ideałem jest sytuacja, gdy w koszyku zostaną tylko niewolnicy i atomowa lódź podwodna. Wtedy NBP nareszcie pokona inflację, którą sam w pocie czoła produkuje.
Inflację można też fałszować poprzez stwierdzenie, że skoro wskaźnik cen się nie podniósł, to inflacji nie ma.
Otóż jest to popularny falsizm (coś jak truizm, tylko nieprawdziwy). Z powodu postępu technicznego wiele artykułów mogłoby mieć stale spadającą cenę zamiast ceny "nieruchomej", ale tak się nie dzieje, gdyż ktoś ciągle złośliwie drukuje pieniądze. Owszem, wzrost wynagrodzeń (warto zauważyć, że następuje on na końcu łańcucha podwyżek) w końcu skompensuje tą różnicę. Ale pomiędzy tym ma miejsce pewna luka, kiedy ci, którzy mają nowe pieniądze (banki) mogą kupić tanio. Potem pieniądze mają wszyscy, ale kupują już drogo. Jeśli dodamy do tego, że bank nie dość, że może kupić tanio, to jeszcze za pieniądze "z powietrza"...
A to wszystko, ta cała walka z Czarnym Panem Deflacją i nakręcanie psychozy ma miejsce, gdyż USA są bankrutem. Zresztą jak cały cywilizowany świat. Chodzi tylko i wyłącznie o to, żeby wydymać nieszczęśników, którzy kupowali amerykańskie obligacje. Podejrzewam, że Ben z kumplami rozkręcą inflacyjne piekło, wskutek czego ludze, którzy nabyli amerykańskie obligacje płacąc za nie 10 uncji złota, dostaną w zamian papier warty 7, może 8 uncji złota. Nominalnie w dolarach oczywiście zarobią.
Ale, bądźmy dobrej myśli. zaraz po wystąpieniu Bena "nowojorska giełda (...) zareagowała zdecydowaną poprawą nastrojów (...)"
A niewiernych zwolenników deflacji (tak zwanych Śmieciożerców (to od wartości dolara)) zamknie się w jakimś Azkabanie.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)