Krzyż, którego nie będzie, może być ważniejszy od tego, który teraz stoi przed Pałacem Prezydenckim.
Prezydent Komorowski w sprawie krzyża przed Pałacem stracił okazję, aby siedzieć cicho i pokazać, jak na co dzień realizuje hasło „Zgoda buduje”.
Czy ktoś wyobraża sobie strażników miejskich wlepiających w tym miejscu mandaty za układanie zniczy w kształcie krzyża albo przeganiających dziesiątego dnia każdego miesiąca spacerowiczów chodzących w kółko przed Pałacem z krzyżem w ręku. Komorowski ma szeroki elektorat negatywny, wielu tylko czeka na okazję, aby móc pokazać mu swoją niechęć. Zarazem ten smoleński krzyż jest symbolem jednoczącym zwolenników PiS.
Ten opór może się wpisać w starą tradycję obrony krzyży katyńskich na Powązkach i w wielu innych miejscach pamięci o Katyniu i tak jak walkę tę przegrała tzw. władza ludowa, tak i ta batalia może skończyć się porażką Platformy. Oczywiście Prezydent chciałby usunąć ten jątrzący element opozycyjności z miejsca swojej pracy z powodów estetycznych, ale również nie chciałby, jak cała Platforma, zawłaszczenia tragedii smoleńskiej jako symbolu wokół którego jednoczy się PiS i jego zwolennicy. Dlatego lepiej minimalizować wszelkie symbole, lepiej wygaszać emocje wokół śledztwa. Krzyż przeszkadza, lecz Komorowski zamiast wykazać się empatią i cierpliwością, zażądał jego szybkiego usunięcia. Jak mówił dzień po tragedii – „polityka nie jest domeną współczucia”. Jednak chyba popełnił błąd. Zamiast samemu zajmować stanowisko, raczej powinien najpierw po cichu dogadać się z arcybiskupem Nyczem i - obiecując na przykład pomoc finansową na budowę Świątyni Opatrzności Bożej - razem z Prymasem Kowalczykiem osobiście w uroczystej procesji przenieść ten krzyż do Wilanowa. Wtedy wyrastające na nowo krzyże, nie autoryzowane przez Kościół, stawiane przez pospolite ruszenie straciłyby swą symboliczną siłę.



Komentarze
Pokaż komentarze (15)