1 obserwujący
34 notki
7739 odsłon
  126   0

Wspomnienie o Józefie Tischnerze

A więc Józek miałby już 90 lat! Och, jak to dobrze, że nie dożył tych czasów. Proszę wybaczyć, że tak mówię. W ten sam sposób myślę nawet o własnym ojcu. Obaj byli wspaniałymi facetami, ale zupełnie nie na te czasy. Bardzo się boję, że Józek nie dałby sobie rady z Kaczyńskim, z Jędraszewskim, a zwłaszcza z Dziwiszem i z upadkiem Kościoła Jana Pawła II, jego szczerego przyjaciela.

Drżę na myśl, że mógłby coś negować lub umniejszać… A to byłaby dla mnie katastrofa. Bo zawsze chciałem widzieć w Józefie Tischnerze najlepszą twarz katolickiej Polski i żywy dowód na to, że możemy się wszyscy jakoś dogadać i zmieścić w tym kraju. Jaki ja byłem kiedyś głupiutki i naiwny. Ale tak trzeba w młodości.

Bo przecież Józek był antyklerykał pierwszej wody. Krakowscy księża (nawet ci, z którymi mieszkał na Kanoniczej) nie lubili go, lecz musieli go tolerować. Przyjaźń z Wojtyłą chroniła go skutecznie. Mógł sobie pozwolić na dobrotliwe, a nawet złośliwe kpinki z „betonu”, zwłaszcza kulowskiego (Rydzyk wtedy jeszcze nic nie znaczył – swoją drogą, Tischner z pewnością nie pozwoliłby mu urosnąć, gdyby jeszcze żył). Z Krąpcem (tuzem z KUL) mieli niezłą kosę. Miejska legenda mówiła, że miał szansę zostać biskupem. Uuuu, to by się mieli z pyszna w tym Lublinie. Najpierw jedna katastrofa, a potem druga… Nie, nie, Tischner miał ważniejsze zadanie, niż pilnować okienka na Franciszkańskiej. Miał pilnować Michnika, żeby oddawał Bogu, co boskie. I upilnował, że hej!

Poznałem Tischnera w 1993 r. w Wiedniu. I tak jakoś się zrobiło, że widywaliśmy się co kilka tygodni przez następne lata. Był człowiekiem skrytym, skrytym za niekończącą się anegdotą, lecz lubił alkohol i wtedy się nieco otwierał (takie trafne powiedzonko Józka mi w pamięci utkwiło: za komuny Kościół jakoś tam umiał się z władzą dogadać – w końcu jedni i drudzy lubili wypić). Jego myśli krążyły wokół wizji moralnej odnowy oraz kobiecej urody. Jak to bywa u ludzi ze wsi, przerzucał się bez żenady od d. Maryni do Polski i Boga i z powrotem. Wierzył w jakąś piękną Polskę będącą mieszanką PRL (socjal), Zachodu (wolne wybory) i ślubów jasnogórskich. Prosty człowiek ma w niej zupę z wkładką, mądrego księdza, co mu mówi, jak sobie poradzić z babą, oraz wójta, co to jest prawdziwy gospodarz i nie kradnie. Taka wierna, równa, fajna Polska, w której chce się żyć. Taka z góralskiej gawędy. Polska łopuszańska. Omodlona i ofilozofowana.

Józek wierzył w człowieka. Że jest dobry w środku i że Bóg zaszczepił w nim swój głos, głos sumienia. Sumienie było jądrem wiary Tischnera. Mówił mi (to jest dokładny cytat): „gdyby sumienie mówiło kobiecie, że musi zrobić aborcję, to ja nie miałbym sumienia jej potępić”. Bo wtedy, na początku lat 90., zaczynał się już ten obłęd kościelny z aborcją. Sprawy antykoncepcji i mieszkania „na kocią łapę” były już przegrane, nie mówiąc o hicie, jakim była przez sto lat obsesja biskupów na punkcie masturbacji – no to wymyślili sobie aborcję.

Tischnerowi to się nie podobało, ale co miał z tym zrobić? Rzucili na odcinek, jak to się mówi. Ale wolał takiego Wojtyłę, jakiego znał z czasów, zanim został katolickim ortodoksą. Bo właśnie te heretyckie różki ich kiedyś połączyły. Te żydowskie zboczenia z drogi nabożeństwa… Ale wiadomo, papież musi być bardziej papieski od papieża. Więc jeździł Tischner wymądrzać się i pożywiać zacnie w Castel Gandolfo w towarzystwie świeckich wielbicieli świętego męża. Górował nad nimi jako maior domus Krzysztof Michalski, założyciel i szef Instytutu Nauk o Człowieku – prawdziwy geniusz towarzyski i niedościgły wzorzec mężczyzny, który nawet w najbardziej zatwardziałych heterykach poruszał dawno uciszone grzeszne struny. Obaj się wspinali jeden po plecach drugiego – Tischner z Michalskim. Fantastyczny duet. I mówię to bez ironii.

Nie ma dziś takich karier i takich relacji. Swoją drogą, spod drzwi Instytutu Nauk o Człowieku przy Spittelauer Lände w Wiedniu w tamtych dobrych czasach wyciekał testosteron. Nic dziwnego – wszak przed laty był tam zamtuz.

Tischner nie był wybitnym filozofem i wiedział o tym. Miał do siebie dystans. Pisał takie jakieś nieco manieryczne teksty, w których mielił katolicyzm z nową teologią żydowską i Heideggerem. Wychodziła z tego dość niestrawna mieszanka, ale w tamtych latach liczyło się już samo to, że tylnymi drzwiami „wpuszczał Żyda” (tylko czemu w towarzystwie nazisty? dla kamuflażu?). Zresztą czasami pisał ładnie i strawnie. W sam raz dla tzw. inteligencji katolickiej. To taki sentymentalno-narcystyczny gatunek. Tacy muszą mieć swoich rabinów i cadyków, żeby się do nich rozanielać.

I Tischner nadawał się jak nikt. Katolickie kobiety pasowały go na swego króla. Strach było iść z Józkiem ulicą. Co rusz jakaś podlatywała. Taka zgięta, skurczona, z tym rumieńcem, z tym na wpół ekstatycznym, na wpół proszącym uśmiechem. Podsuwały coś do podpisania. Biedaczki, nie wiedziały jeszcze, że ten ich ukochany „ksiądz Tischner” to taka żydowska piąta kolumna w góralskim kapeluszu. A dla mnie fakt, że mam przed sobą księdza, który radykalnie NIE JEST antysemitą, to była jakaś wielka ulga. Oblewało mnie uczucie wdzięczności dla niego i przenikała moje młode serce nadzieja, że ten człowiek zaprowadzi w Polsce porządek etyczny, w którym wszyscy się zmieścimy. Nie było mu dane. Nie było takiej możliwości…

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura