W mocy słów
Życie nie jest do godzenia za śmiercią, tylko szukania dla niej dostatecznie dobrego powodu
2 obserwujących
78 notek
16k odsłon
54 odsłony

Ideały świętości odbierające wolę życia, mówienia i czucia?

Wykop Skomentuj7

Dziwne działania potrafią mieć ideały noszone w sercu, ideały świętości, ideał człowieka wymarzonego, potrafiącego kochać doskonale, czy „wkodowanego” jako założenie, że właśnie takim się nie jest, do takiego należy dążyć...
Zaczynając od tęsknoty za miłością. W której nic destrukcyjnego nie widać, jeśli nie mieć za destrukcję rozpoznawania emocji, własnej empatii, identyfikacji z drugim człowiekiem, rozumienia postaw, poszukiwania motywacji, zdolności do porównywania doświadczeń i generalnie uczenia się  przez szukanie w danym (kreowanym?) otoczeniu tożsamości – tego, czym ja jestem w tym wszystkim, do czego, co mam z tego swojego życia zrozumieć, wynieść, czy wnieść.
Gotowych odpowiedzi, też właśnie przez to, zdaje się być masa, bo nie dość, że ilu ludzi, z których większość uważa prosto, że jesteś po nic, już z samego faktu, że cię nie znam, więc nie potrzebuję do szczęścia, a nawet z przeciwnego, że skoro to pewne, że tym, kim jesteś, sam jestem niemniej lub umiem się tego nauczyć, nic niezbędnego w tym twoim istnieniu być nie może; to jeszcze wedle ludzkiego zrzeszania i organizowania na różne sposoby z kluczami do wyznaczania ról, kto dla kogo kim jest i co mu w związku z tą, czy inną normą wolno, a generalnie, że każdego można wymienić, czy przez zużycie/konsumpcję, czy zgoła bez reguły, co okrzykuje się wówczas bezprawiem, brakiem zasad.
Najpospolitszy klucz określania człowieka w organizacjach/wspólnotach mówi – jesteś tym, na czym umiesz zarabiać pieniądze, czy jakiekolwiek inne walory stanowiące obiekt ludzkiego zapotrzebowania/pożądania obywającego się bez ciebie. Dokładnie - wyzwalającego innych od troski o ciebie, interesowania twoimi potrzebami, czy są zaspokojone, bo przecież własnych nikomu nie brakuje.
Póki takich walorów nie zaczniesz wytwarzać wedle reguł wspólnoty, będziesz tylko jej udręczeniem, że nie wiadomo, co z tobą począć, skoro trzeba się „martwić” o ciebie, za ciebie. Stąd tylko krok do myślenia, że w ludzkiej wspólnocie wszyscy są najszczęśliwsi, kiedy mnie w ogóle nie ma i nie trzeba mi poświęcić ani jednej myśli, nie mówiąc o uczynkach, czy spędzaniu ze mną czasu.
Kształtuje się tożsamość twardziela, co to koniecznie stara się zostać tym, co mu wyznaczają normy i systemy, a co i tak go złamie/unieszczęśliwi, bo właśnie przez to, że jego kreacja jest wyznaczonym mu społecznie akceptowalnym warunkiem jego życia, w miejsce ukrzyżowania jego samego- udawania, że poza kreacją nie istnieje, a jedynie w tym zaparciu się siebie.
To już wygląda destrukcyjnie, jakby tym bez ideału miłości (choć trudno sobie wyobrazić występowanie takich), żyło się lżej, bez zagrożenia upadkiem ducha, poczuciem bezsensu, psychozami. Bo są jacy są, jedzą, śpią i dobrze się mają, najwyżej irytują, czy wściekają na kogoś burzącego ich zadowolenie z siebie, widzenia się kimś bez zarzutu (grzechu?), przystępując do usuwania, czy negowania tego typu zakłóceń ich spokoju (włącznie z mordem).
Przy wsparciu religijnym, że zapieranie się siebie idzie znosić, a nawet należy, ponieważ to na tym polega krzyż, godny samego Jezusa (by rozumieć, co On mówi, o czym), dostaje to przynajmniej jakiejś perspektywy zbawiennej, czyli pozwala się oprzeć na nadziei, że ostatecznie to bycie zbędnym dla świata samym sobą na coś się przyda, jest wpisane w jakiś wielki i dobry plan, którego nie widać. Ale gdy i z tego jeszcze inna wspólnota (religijna) czyni klucz – to ścigajmy ścieranie się na proch, wyszukujmy od czego ono, by przydusić się wszystkim od czego braknie woli życia, żeby być pewnym usprawiedliwienia przynajmniej Jezusa za nasze bycie na tym świecie, czyni paradoks, jakby lekarstwo na wykluczenie było gorsze od choroby – gwoździem do trumny duchowego upadku.
Z marzenia o śmierci jako wybawieniu od bycia balastem ludziom, ani uzdolnienia do dźwigania ról społecznych nie przybywa, ani wiary, ani nadziei, ani miłości. Miłości do kogokolwiek, na czele z Bogiem, bo co tu do poznawania, uczenia się z przekazu, że wszystko co należy w życiu zrobić, to umrzeć, a reszta (ja sam) to grzech, przez który jest tak ciężko żyć mi i wszystkim wokół. Zwątpienie zwątpieniem poganiane.
Więcej nawet, ponieważ prześcignięcie woli ludzi w tym, żeby mnie chcieli zabić, czy samego Boga, nie ma możliwości wpisywać się w nic zupełnie poza żądzą własną właśnie. Tak wyrozumowanie w czym jest zbawienie staje się pułapką zatracenia, obłędem, czeluściami bez dna. Przy tym obrzydliwe i destrukcyjne dla otoczenia, bo duch ducha czuje i wie, że ten ono ktoś, to już następnego dnia nie czeka, w nikim i w niczym nie pokłada nadziei, tylko w tym swoim umieraniu, nikogo nie chce, nikt mu niepotrzebny, nic go nie cieszy, niczego nie pragnie, niczego nie planuje struchlały przed wolą Boga, że ten się zaraz za tą manifestację istnienia zemści. Im więcej lęku (a przy tej postawie jest sam lęk), tym większa autodestrukcja, wysiadanie funkcji organizmu, fizycznych i psychicznych. Przeżywa się przeistoczenia własne, percepcji świata i ludzi, dźwięku, obrazu, doświadczenie bestii, przemijania świata. Demony i piekło za życia, ciałem i duszą, której w zasadzie nie ma przez starcie wiary, nadziei i miłości.
Do czego doszło się poznaniem siebie jako kreacjonisty wszystkich stanów i przestrzeni. Poznaniem, którego się właśnie nie chciało, pożądaniem znalezienia woli Boga, starciem własnej woli.
Tym sposobem posiadanie ideału miłości, świętości, zdaje się być tak złe, że już gorsze być nie może. Ideału miłości jako poprzeczki, czegoś poza sobą, czyli do negacji siebie. A przecież wydawać by się mogło, że to z tego i tylko z tego potrafi brać się sumienie, a więc cała istota mego człowieczeństwa – jaki jestem, a jaki powinienem być (zawsze lepszy, niż jestem – nic do stanięcia tu i teraz).
Wówczas jedynym powrotem jest nauka miłości siebie, tylko że to zupełnie jak zawracanie rzeki patykiem, bo nie wiadomo, co tu zrobić z pamięcią i doświadczeniem, żeby rozum nie wybił tego z głowy, iż jest to tylko wyrachowanie i kalkulacja, gdy prawda wyje, że nie ma czym kochać i za co, ponieważ wszystko już się miało i zaprzepaściło szukaniem tego lepszego od siebie, doskonałego. Samego Boga...
Ale, że istnieje jeszcze idea złego ducha, który we wszystkim potrafi zwieść i oszukać oraz szatana, którego człowiek z racji swych ułomności z Bogiem myli, czy zgoła w ogóle nie odróżnia z natury, szybciej wierząc, niż rozeznając, to i sam ideał świętości można by wówczas zakwestionować jako pomylony, fałszywy, podsunięty, skoro przywodzący do takiego właśnie pogubienia się, jak żyć, skoro to sam Bóg sobie nie życzy tego życia, wyczekując z utęsknieniem śmierci człowieka, czy przynajmniej „ukrzyżowania serca”  (stracenia przez niego sensu życia?). Zamienić na jakiś prawdziwy, dobry, odkryć inny, dać podprowadzić, tylko już komuś innemu, innym ludziom, innym słowom nadstawić ucha. Nie z ewangelii Jezusa? W każdym razie nie w interpretacjach/pojmowaniu, które się dotąd przyswoiło. Skądinąd może nawet dobrym, ale do jakiegoś innego adresata, na inny rozmiar i skutek. Jak rady niezdolnego gasić swych podniet nie są przydatne oziębłemu, który do podniety dojść nie zdołał ni razu od samego pouczania pierwszego, czym podobieństwa do niego dowodzić, aby za bliskiego/włączonego cię wziąć zechciał, gdy na oko, to on na ciebie nie czekał, by jakiekolwiek oczekiwanie spełnić i wolał sam się zadowolić, by samemu (odrębnie) mówić.
Wspólnota jako jedno ciało duchem, to na tyle wielka tajemnica, że nie robi wrażenie urzeczywistniającej się w czasie, możliwej do realizacji i oglądania za życia we właściwym kształcie/obrazie, czyli tak jakby tego chcieli doświadczać ludzie (oglądać się na wzajem, być sobie przydatnymi doświadczeniami/świadectwami, mierzyć się zasługami wobec Jezusa, czy wobec siebie nawzajem, dawać się za wzory i zliczać). I jeśli w takiej położyć nadzieję, że się jej nie zna i poznać nie może, ale mieć za pewnik, że jest jak najdalsza od wysysania z człowieka wiary, nadziei i miłości; umie cieszyć cieszeniem, smucić smuceniem, być razem; to żaden rozum nie powinien zgasić ducha swoim pojmowaniem słów i zdarzeń w sposób przygnębiający i bez wyjścia.
Teoretycznie. Tyle, że z człowieka słaby mocarz w konfrontacji z poczuciem osamotnienia i zbędności. W zasadzie żaden. Tym sposobem każda najlepsza nawet rada zostaje mu tylko do rozumienia, dlaczego przegrał, a nie jak z przegranej się wydostać.
Odwrotnie, niż nawet najdurniejsi pocieszyciele, którzy niczego nie rozumiejąc z jego rozterek, doświadczeń, z jego miejsca w świecie/Kościele, czy poza nim, okazują się mieć większą wartość w podnoszeniu na duchu, uzdolnienie do tego, niż cała mądrość świata.

Wykop Skomentuj7
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości