niktt niktt
118
BLOG

Wazon

niktt niktt Rozmaitości Obserwuj notkę 2

 

Ach, te wspaniałe lata siedemdziesiąte spędzone w prokuraturze pieszczotliwie zwanej Firmą. Te niegdysiejsze, nic nie znaczące gesty. Te puste słowa, te niezwykłe obyczaje. I ten całyówczesny sztafaż, cały ten ulotny blichtr, który jakże niesłusznie popadł w zapomnienie.

Bo cóż takiego się stało? Dlaczego niczego nie chcemy pamiętać? Byliśmy przecież aktorami tego teatru absurdu. A spłonął tylko teatr – aktorzy uratowali się przecież! Wszyscy, bez wyjątku. Co do jednego!

Przypomnę więc tym, którzy tego nie pamiętają, że prokuratura w naszym mieście czyli mówiąc inaczej Firma, zajmowała cały ponury parter sądowego gmaszyska. A w Firmie, jeżeli tego też nie pamiętacie, czasem pojawiał się pierwszy sekretarz partii – niejaki towarzysz Wiczewski. Niestety, z kolei ja nie przypomnę sobie imienia tego zacnego towarzysza. Był to mężczyzna wysoki, ostrzyżony na jeża zgodnie z obowiązującą wówczas modą. Ubrany w szykowny, stonowany w kroju i kolorycie garnitur, czujnie zerkał zza przeźroczy swych okularów w złoconych ramkach. Swymi elegancjami uzupełniali się z naszym Szefem. Tworzyli pewną skomponowaną całość. Trzymając się pod rękę chadzali sądowym korytarzem jako zharmonizowana całość. Gorliwie manifestowali swą zażyłość, lecz jak sądzę, ze zgoła innych powodów. Dla Szefa przyjaźń z sekretarzem partii była szansą przeniesienia swej kariery w inny wymiar. W wymiar instancji partyjnej. Wiczewski, jak się później okazało – asekurował się tylko. A może to nieprawda? Może obaj nie mogli nacieszyć się ulotną chwilą, gdy drogi ich karier biegły jeszcze równolegle obok siebie. To też możliwe.

W każdym bądź razie wspólne odwiedzanie prokuratorskich gabinetów było wtedy istotnym rytuałem. A dla nas, szarych wyrobników prawa, wydarzeniem nader ważnym. Rozmawialiśmy z sekretarzem Wiczewskim stojąc na ogół przy maszynie. Do pisania. Co ja mówię, rozmawialiśmy? Oczywiście, że żadnej rozmowy nie było, bo i być jej nie mogło.

Rozmawiać z towarzyszem Wiczewskim to mógł sobie Szef, lecz nie my. My to mogliśmy z towarzyszem Wiczewskim co najwyżej poobcować. Jeśli o mnie chodzi to i tak bałbym się otworzyć usta. A cóż dopiero rozmawiać. Zresztą i towarzysz Wiczewski możliwości miał jakby ograniczone. Nie mógł mnie przecież zapytać, jak to zwykł czynić w takich przypadkach, czy czegoś mi nie brakuje? Choćby na przykład wody sodowej. Bo czegóż mogło wtedy brakować młodemu prokuratorowi? Chyba tylko przestępcy!

Szef w trakcie naszego z towarzyszem obcowania przyoblekał swój zwykły papierowy uśmiech, który wciąż oznaczał to samo. „Żyjemy koledzy w pewnej konwencji i należy uważać aby się w niej utrzymać” – mawiał Szef.

Co za wspaniała zasada. I jaka użyteczna. My jesteśmy w porządku! Reszta to kwestia konwencji.
 

Chadzali więc Szef z sekretarzem Wiczewskim ręka w rękę korytarzem gmachu sądu w naszym mieście. Długie cienie ich sylwetek niczym koniki szachowe przesuwały się po kamiennych kwadratach posadzki. Obaj prowadzili grę. Obaj tej gry nie wygrali. Historia zadrwiła z nich obu. Szare drzwi naszych gabinetów otwierały się i zamykały. Padały nic nie znaczące słowa. Coraz to inny prokurator poddawał się obrządkowi.

Wierzcie mi – to była miła uroczystość i podniosła ceremonia. „To jest Tomek, nasz przodownik. Bardzo dużo pracuje. Nie jest co prawda naszym członkiem, ale jest kolegą sojusznikiem. To tak jak członek”  – chwalił Szef.

„Tak, tak - Tomek to jak członek” – przytakiwał głupkowato towarzysz Wiczewski, przyzwalając Tomkowi dotknąć swej dłoni.

„A to Bożenka, też dużo pracuje, daje z siebie wszystko. Ale jeszcze ma rezerwy. Już nasza.”

 „Tak, no widzę - młode kadry”– gaworzył bez sensu towarzysz. Bożenka z tego wszystkiego aż cała powilgotniała.

Tak mniej więcej to wyglądało. Nikogo nie pominięto. Nawiedzony został każdy gabinet. W każdym gabinecie towarzysz Wiczewski powiedział coś równie niedorzecznego. A po spełnieniu ofiary odchodzili obaj w spokojną czeluść gabinetu Szefa. Dopiero tam, usadowieni wygodnie w fotelach, przy czule pachnącej kawie oddawać się mogli rozkoszy prawdziwej rozmowy o sprawach wagi niezwykłej.

W owym czasie funkcja pierwszego sekretarza partii była nierozerwalnie związana z prestiżowym stanowiskiem przewodniczącego miejskiej rady narodowej. Towarzysz Wiczewski sprawował więc obie te funkcje jednocześnie. Nie miało to żadnego praktycznego znaczenia, lecz w tej opowieści akurat ma. Otóż pewnego razu towarzysz Wiczewski ofiarował Szefowi wielki fajansowy wazon z kaszubskim wzorkiem i złoconym napisem: „Przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej w Naszym Mieście”.

Wazon był brzydki. Ale był znaczący i to dodawało mu urody. Natychmiast został umieszczony na odpowiednio godnym miejscu w gabinecie Szefa. Wysoko na regale, w którym Szef trzymał dwie książeczki koloru czerwonego. Stamtąd był doskonale widoczny. A przy tym był zabezpieczony przed nieostrożnością sprzątaczki czy zawiścią podwładnego. Wyjątkowe miejsce. Naprawdę wyśmienite miejsce. Tam, w gabinecie Szefa odbywały się nasze prokuratorskie, służbowe narady. Odtąd siedząc skupieni, mogliśmy do woli wpatrywać się w wazon ze złoconym napisem, umieszczony wysoko nad naszymi głowami. Mogliśmy cieszyć się tym oczywistym przejawem zaufania jakim instancja, a i sam przewodniczący rady narodowej w jednej osobie, obdarzali naszego Szefa. Chociaż splendor spływał na Szefa, to w jakimś sensie opromieniał całą naszą Firmę. I każdego z nas z osobna.

„To wyraz wysokiej oceny naszej służby przez instancję” – mawiał Szef gdy podwyższano nam nasze skromne pensje – „Ale nie rozgłaszajcie tego zbytnio”.

Och, jakie to było słuszne i jakie rozsądne. Instancja nas ceniła i dawała temu dyskretny wyraz. My o tym wiedzieliśmy. I ona wiedziała, że my wiemy. Ale nie trzeba tego rozgłaszać. Po co? Ktoś mógłby wszystko zepsuć.

Stał więc wazon w gabinecie Szefa wysoko na regale z dwiema książeczkami. Niestety zdarzyło się tak, iż zawistni towarzysze z instancji postanowili zacnego sekretarza Wiczewskiego utopić i bezdusznie wrobili go w jakąś paskudną dolarową aferę. W krótkim czasie uczyniło to z niego politycznego trupa.
 

Upadek towarzysza Wiczewskiego odbił się w naszym mieście szerokim echem. Lecz u nas w Firmie wszystko bez zmian. Ani słowa o nieboszczyku, wszystko po staremu. Narady odbywały się jak dawniej. Spostrzegłem jednak, że coś dziwnego zaczęło dziać się z wazonem. Otóż wazon, wbrew swej statycznej naturze nagle rozpoczął wędrówkę po gabinecie Szefa. Niespodziewanie pojawiał się w różnych, niekiedy zaskakujących miejscach. I gdzie by się nie pojawił, nie czuł się tam dobrze. To było po nim widać. Niczym chore zwierze instynktownie wyczuwał, że Szef nie darzy go już dawnym uczuciem. Z regału trafił na ławę. Przez krótki moment pozostawał tam, aby przesunąć się w zaciszny kąt za fotelem. Tu był niemal niewidoczny. I pod oknem, za zasłoną też nie był widoczny. Po raz ostatni widziałem go przy drzwiach. W miejscu gdzie dawniej stawiano spluwaczki. No, kurcze – to już była kompletna degradacja wazonu. A potem wazon zniknął.

Towarzysza Wiczewskiego sądziła sędzia X. Pamiętam, jak w dniu procesu spotkałem ją rano w drodze do sądu. Szła zamyślona i zła.

„Oj, ciężką ma pani sprawę, pani sędzio”– zagadnąłem ostrożnie. Całe miasto wiedziało przecież, że to właśnie dziś odbędzie się proces potężnego niegdyś towarzysza Wiczewskiego, który doznał tak bolesnego upadku.

Cisza. Szliśmy w milczeniu obok siebie – sędzia X i ja. „Tak Wojteczku" –po chwili odrzekła sędzia X– "Osądzę tego ch*ja jak zwykłego, szarego człowieka”.


 


 

niktt
O mnie niktt

mam wątpliwości

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Rozmaitości