niktt niktt
133
BLOG

Zebranie partyjne, którego nie było

niktt niktt Rozmaitości Obserwuj notkę 2

 

Więc nie napiszesz? – Mirek pytając mnie po raz kolejny powoli tracił cierpliwość.

Nie, nie napiszę– odpowiedziałem.

Mirek był mym dobrym kolegą i rówieśnikiem. Ale był także sekretarzem organizacji partyjnej w  Firmie. Choć poglądy mieliśmy zbieżne, to sposoby na życie odmienne. Ja zbliżałem się do jego konformizmu na tyle, na ile zmuszał mnie do tego zdrowy rozsądek. Podczas tej rozmowy zaczął chyba podejrzewać, że zdrowy rozsądek mnie zawodzi.

„Słuchaj Wojtek, o co ci chodzi? Przecież ten referat ktoś musi napisać. To jest sprawa na kilka minut. Przepiszesz z jakiejś broszury i tyle. No co, napiszesz?”

„Nie, nie napiszę” – odpowiedziałem z uporem samobójcy.

Tak, teraz pamiętam – to na pewno był listopad 1978 roku. A referat, o który Mirek tak zabiegał miał być panegirykiem z okazji okrągłej rocznicy kongresu zjednoczeniowego. Właśnie wtedy, z bliżej nie znanych mi powodów, ku zaskoczeniu wszystkich, mnie samego nie wyłączając, raptem powiedziałem NIE.

W tamtych, zapomnianych już czasach w prokuraturze czyli w Firmie nawet byle sekretarka czy maszynistka należały do jakiejś partii. A cóż dopiero prokurator. On po prostu musiał należeć i kropka. Był to spektakularny przejaw aktywności politycznej całego pracowniczego kolektywu. (Tak to się wówczas nazywało – jeśli nie pamiętacie, to przypominam). Na to były stosowne formularze, a w tych formularzach odpowiednie rubryki. Od tego co w te rubryki wpisano zależały kariery naszych szefów. Gdybym zatem, odmawiając przystąpienia do partii w mikroskopijnym choćby procencie obniżył potrzebny wskaźnik i zagroził karierze mego Szefa, czekałaby mnie zasłużona kara. Takie były reguły gry. Nic na to nie mogliśmy poradzić.

Wielkie rzeczy napisać jakiś głupi referat, którego i tak nikt by przecież nie słuchał. Po co mi to było? Nie wiem. Naprawdę nie wiem. No i dopiero zaczęło się! Bo w partii nie może być tak aby ktoś powiedział sobie: „Nie i koniec”. „Nie i koniec” to można było powiedzieć sobie w domu, ale na pewno nie w partii. I to gdzie – w prokuraturze, gdzie słowo „nie” znane było jedynie na szczeblu wojewódzkim. A i to wyłącznie szefowi wojewódzkiemu. A nawet i jemu, nie we wszystkich okolicznościach. On doskonale wiedział kiedy nawet jemu nie wolno było powiedzieć „nie”! Dlatego był szefem wojewódzkim.

Wyobrażacie sobie zatem, co się przez to moje niefrasobliwe „nie” porobiło. Najchętniej ukarano by mnie jakąś karą partyjną. Ale jako dopiero kandydat nie mogłem zostać ukarany. A to problem. Co tu robić? A coś zrobić przecież trzeba!

Szef zamknął się z Mirkiem i Bożenką w gabinecie. Długo myśleli. Postanowiono zainscenizować próbę przyjęcia mnie w poczet członków partii. Że niby miano rozważać czy na tyle już dojrzałem, aby zostać pełnowartościowym członkiem. Rzecz polegała jednak na tym, że jeszcze nie dojrzałem, niestety. Otóż to!

Moi partyjni koledzy prokuratorzy mieli po szczegółowej analizie stwierdzić, że muszę uzbroić się w cierpliwość i poczekać jeszcze na przyjęcie. No, cóż - to był jakiś pomysł! Całość miała wymiar dyscyplinujący i wychowawczy. To naprawdę wyśmienity pomysł. Trzeba było jeszcze stosownie to wszystko zaaranżować, rozpisać na głosy i tak dalej, ale sam pomysł był wyborny. Wykonawcy też do ról już dorośli. Potrafili je udźwignąć! 

No więc zaczęło się - zebranie partyjne w gabinecie Jana, zastępcy Szefa. Role zostały podzielone. Każdy umie swoją kwestię na pamięć.

Pozostawaliśmy wtedy w układzie koleżeńskim. Z jednakowym przymrużeniem oka traktowaliśmy to całe nasze partyjne wobec pracodawcy zobowiązanie. Ostatecznie wiedzieliśli, albo wyczuwaliśmy jakie były granice do jakich można się było posunąć, przebywając  w obszarze tak zalecanej nam konwencji. Wydawało mi się, że określała je przyzwoitość.

Zebranie otwiera Jarek - pierwszy sekretarz firmowej organizacji partyjnej. Jarek jako sekretarz otwierał wszystkie zabrania partyjne i zagajał. Tak, zagajał” - to słowo dziś nie jest już w ogóle używane. Ale w tamtych - jakże niesłusznie zapominanych - używane było nader często. Zagajenie to był stały element wszystkich zebrań. A partyjnych w szczególności.

Skąd się ono wzięło w języku polskim? Chyba skądś zostało przywleczone, jak zaraza. No więc Jarek zagaja i zagaja. Aż w końcu to jego zagajenie zaczyna zmierzać we właściwym kierunku, czyli wyraźnie pije do mnie. „Towarzysz Wojtek jest już kandydatem od takiego i takiego czasu. Nadszedł więc długo oczekiwany moment aby zastanowić się nad tym czy zasługuje on na przyjęcie w poczet... (tak się o tym mówiło - „w poczet”, jakby rzecz dotyczyła królów )...w poczet członków partii.” 

Z tego doskonałego podania piłeczkę przechwytuje Mirek. Swą ułożoną z Szefem kwestię recytuje zgrabnie. Problem sprowadza do rzeczywistych wymiarów. Otóż kandydat, którego on - towarzysz Mirek był członkiem wprowadzającym - odmówił wykonania polecenia partyjnego. No, kurcze - zgroza!  Jest to postawa świadcząca o niezdyscyplinowaniu i taki towarzysz nie zasługuje na to, aby zostać  pełnoprawnym członkiem partii.

Tak powiedział Mirek, mój dobry wówczas kumpel. Swą myśl Mirek oczywiście znacznie rozwinął, przedstawił ją w tak zwanym szerszym kontekście, z uwzględnieniem tła. Nawet w tej niezręcznej sytuacji Mirek pozostał erudytą.

Teraz Bożenka – drugi mój członek wprowadzający. W tym samym duchu, ale bardziej po kobiecemu, bardziej miękko. Bez tej swady co poprzednik, ale za to z większą wyrozumiałością dla ludzkiej niedoskonałości. To głos pielęgniarki, która musi zrobić pacjentowi zastrzyk i przeprasza, że będzie bolało.

" Boli, bo musi boleć. Ale to dla twojego dobra, towarzyszu Wojtek".

Bożenka mówi lekko. Jej słowa unoszą się gdzieś w przestrzeń. Aż pod sufit kremowego gabinetu Jana i tam mieszają się z papierosowym dymem. Szef słucha z przymrużonymi oczami. Zaprobująco złożonymi rękami na swym nieskazitelnym garniturze.

Uff, Bożenka skończyła. Wypadło dobrze. Widzę to po Szefie. Nawet ja się cieszę, że Bożence tak dobrze poszło.

Po Bożence głos zabrało jeszcze kilka osób. Osoby te nie uczestniczyły w naradzie u Szefa, więc gadały głupstwa. Uważały na przykład, że skoro nie chciałem napisać to znaczy, że nie potrafiłem. A skoro kandydat nie potrafił to należy dać mu spokój, bo nie można od niego za wiele wymagać.

No tak, oczywiście – nie napisałem, bo nie potrafiłem! Że też sam na to nie wpadłem? Wreszcie właściwe słowo! O słowo: „nie potrafię”! Nie potrafię, bo nie umiem. Nie potrafię, bo nie mogę. Nie potrafię, bo nie chcę. Angielskie can’t zawiera w sobie wszystkie te wieloznaczności. Jest pojemne i nie wymaga doprecyzowania. Niestety posługujemy się językiem polskim.

„Ale przecież towarzysz nawet nie próbował zmierzyć się z tematem”.

No i oto znów jesteśmy na ziemi.

Dyskusja rozwijała się, padały wciąż słowa. A wszystko w jakże uroczej atmosferze absurdu. Aż w końcu zaowocowała ona jednak oczekiwanym wnioskiem.

„Otóż towarzysze będziemy głosować czy kandydata przyjąć w poczet, czy też go w ten poczet nie przyjmować” –skwitował towarzysz Jarek - ”Kto jest przeciw przyjęciu towarzysza w poczet?”

I tu kompletne zaskoczenie. No, niesamowite! Rękę podniósł tylko towarzysz Jarek i towarzyszka Bożenka. Szef ręki nie podniósł. Zastępca Jan podniósł, lecz spojrzał na Szefa i kręcąc z niedowierzaniem głową, szybciutko opuścił. Nie podniósł ręki także Mirek.  Kurcze - co to się do cholery, porobiło?

Czyżby przekonały ich argumenty o mym domniemanym upośledzeniu umysłowym?

Wszyscy spoglądają na Szefa z wyrzutem. To po co, w takim razie kazał im Szef tę żabę jeść? Widać, że i Szef poczuł się nieswojo. Postanowił sprawę wyjaśnić natychmiast. Niech towarzysz Wojtek poczeka na korytarzu, bo Szef będzie wyjaśniał co się stało.

Otóż pomimo tego, że wszystko zostało dokładnie przemyślane i rozpisane na role, pomimo że aktorzy naprawdę dobrze się spisali, to jednak zapomniano o jednej, ważnej rzeczy. Co ja mówię ważnej, zapomniano o najważniejszej rzeczy! Zapomniano o instancji! O Boże, zapomniano o instancji!!!

„Tak, towarzysze – skamlał zbolały Szef – co powie instancja kiedy prześlemy jej protokół z tego zebrania? Ona zapyta nas jak myśmy z tym towarzyszem pracowali? Zapyta nas co przez całyokres kandydowania towarzysza robiła nasza organizacja partyjna? To nas rozliczą! Zamiast zganićkandydata - zganią nas!”

Oczywiście mówiąc „nas”, Szef miał przede wszystkim siebie na myśli.

„Proponuję towarzysze, abyśmy uznali całe to zebranie za niebyłe.”– powiedział Szef.


 


 


 

niktt
O mnie niktt

mam wątpliwości

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Rozmaitości