Adwokat K.
Adwokat K. pachniał starzyzną. Lecz nie tylko. Także czosnkiem i leciuteńko alkoholem. Nosił wielkie pilśniowy kapelusz w kolorze umbry oraz - choć sam był niewielkiej postury - potężną jesionkę w jodełkę.
Adwokat K. umarł dawno, dwadzieścia lat temu, albo i więcej.
Zabrał ze sobą ducha niezapomnianej, prowincjonalnej adwokatury. Miał kilka obyczajów.
Na przykład w prokuratorskim gabinecie zjawiał się zawsze niezapowiedziany, wlokąc za sobą przepastną, skórzaną teczkę. Stawiał ją na prokuratorskim biurku, obok kładł pilśniowe sombrero i zanim jeszcze w ogóle rozpoczął rozmowę przez dłuższy moment uporczywie i mozolnie przeszukiwał wnętrze teczki. I oto wyczarowywał pokaźną butelkę słynnej wódki o niezwykle delikatnej barwie, a na pakowym papierze rozkładał spory kawał suchej kiełbasy.
Mecenas K. zawsze miał przy sobie dwa szklane kieliszki, które przed napełnieniem wycierał do chusteczką do nosa. Przepijając i przegryzając kiełbasą mile pogwarzył.
Ponarzekał trochę na podłe czasy i ubogich klientów i wychodził.
Wizyta nie trwała 10 minut. Przy wyjściu, do oczekującego pod drzwiami klienta mówił tak:
„O nic się nie martw. Wszystko załatwiłem. Możesz spokojnie iść do domu.”
W jego kancelarii nie było wielu książek. Prawdę powiedziawszy było tylko dwie. Suchy tekst kodeksu karnego i gruby do niego komentarz. Oba w kolorze czerwonym. Książki leżały na biurku.
Cieniutka po stronie lewej, a gruba po prawej stronie.
Swoich klientów mecenas K. stawiał przed takim oto dylematem:
Z której książki chcesz bym cię bronił? – pytał.
Z tej cienkiej (tu mecenas K. wzgardliwie wskazywał suchy tekst kodeksu karnego po lewej ) - za 500 zł, czy też wolisz porządną obronę, z tej grubej książki (teraz palec mecenasa wędrował w kierunku grubego komentarza po prawej) - za 1000 zł?
Wybór należy do ciebie!
Kiedyś adwokata K. zagadnął osobnik, którego on nie pamiętał.
„Dzień dobry panie mecenasie. Czy Pan mnie sobie przypomina?”
K. spojrzał na niego spod pilśniowego kapelusza, wzruszył ramionami i odrzekł:
„Nie, nie przypominam sobie ciebie. Musiałeś mi nie zapłacić, bo inaczej na pewno bym pamiętał!”
Pod koniec życia adwokat K. zapadł na cukrzycę.
Jak wiadomo adwokaci nie przechodzą na emeryturę bo by umarli z głodu, więc i on aż do śmierci musiał wykonywać swe obowiązki. Umęczony chorobą często przysypiał na rozprawie.
Wtedy niezadowoleni klienci, obawiając się o wynik sprawy, skarżyli się dziekanowi:
„Ten mój adwokat, panie dziekanie, to śpi na rozprawie. To nie jest dobrze. Czy nie można coś z tym zrobić?” – pytali.
„Proszę się nie obawiać – odpowiadał niezmiennie dziekan – To wytrawny adwokat.
On co prawda śpi, ale wie kiedy się obudzić”.


Komentarze
Pokaż komentarze