Nawet nie wiem czy w ogóle powinienem zajmować się laską. Akurat tą laską.
Tak wiele jest rzeczy, które towarzyszą nam w życiu, a gdy nas zabraknie pozostają samotnymi. Przejmują je potem inni - co jest zresztą naturalne. Robią z nich jakiś tam użytek, posługują się nimi, aby w końcu, już bez żadnych sentymentów, wyrzucić je na śmietnik. Tak dzieje się przecież z wieloma przedmiotami. Odbywają drogę w czasie i przestrzeni. Wydaje się więc, że nie ma szczególnego powodu aby zajmować się akurat laską. I tak jest w istocie.
Chociaż z drugiej strony laska to przedmiot, w pewnym sensie nieco inny, szczególny. Już z samej swej natury obdarzona jest charyzmą. Z przeznaczenia towarzyszy bowiem osobie w wieku zaawansowanym lub o zdrowiu nie najlepszym. Mówiąc prościej - należy często do osoby starej i chorej. A to z wieku i z choroby wypływa doświadczenie i wiedza osobom młodszym i zdrowym nie dana. Laska zatem może być tej wiedzy symbolem. A wiedza jak wiadomo - daje i władzę. Więc także władzy laska może być symbolem.
Może to i racja. Brzmi nawet logicznie. Ale prawdę powiedziawszy to nie dla tak wzniosłych powodów postanowiłem wspomnieć o lasce. Postanowiłem o niej napisać, bo mnie intryguje. Intryguje mnie jej historia.
W pierwszym rzędzie muszę zauważyć, że nie jest to zwykła laska, jakich wiele widzimy każdego dnia. Jakie widzimy przechodząc choćby parkiem, gdzie na ławkach w letnim słońcu wygrzewają kości emeryci. Ich laski, jak kundle spoczywają obok. W każdej chwili, niczym pogotowie, gotowe są nieść pomoc. Jak ta cała marna społeczna służba zdrowia. Nie, ta laska - to nie taka laska. Ta laska jest laską wykwintną. To mercedes wśród lasek.
Czarna, wykonana z nieznanego gatunku drewna. Wygięta klasycznie. Rękojeść ma zakończoną srebrnym, finezyjnym zdobieniem. W górnej części inkrustowana motywem wypełnionych prostokątów w otoczeniu załamujących się pod kątem prostych linii. Może to srebro, a może nie. W każdym razie to nie jest pospolita laska – to arystokracja lasek. Że twierdzenia te nie są bez pokrycia powiem tylko, iż będąc kiedyś w Bazylei – a jak wiadomo Szwajcaria to kraj ludzi wyrafinowanych - natrafiłem na sklep z laskami. I z satysfakcją stwierdziłem, że ta moja laska w porównaniu z tamtymi może nie znalazłaby się na najwyższej półce, ale z całą pewnością na najniższej też by się nie znalazła. Taka to jest laska.
Nie wiem skąd się wzięła w naszym domu. Początkowo służyła mi do budowy namiotów z koców. Używałem jej też jako karabinka, piki wojennej i innego sprzętu o charakterze czysto morderczym. Laska w czasie mego szczenięctwa była mi więc bardzo użyteczna. W przeciwieństwie do dnia dzisiejszego, kiedy wisi nieprzydatna w szafie.
Później laskę zabrała mi babcia. Skonfiskowała ją dla siebie. Odtąd babcia opierając swe korpulentne ciało o intensywną czerń laskin i trzymając w drugiej dłoni smycz z przypiętym czekoladowym psem o imieniu Boy zmierzała w kierunku parku. Nie była to długa droga, lecz w wykonaniu babci nie trwała też krótko. W parku zasiadała babcia pod ulubionym drzewem w kształcie szyszki. Pies kładł się przy jej stopach. Czas mógł płynąć spokojnie. Nic się nie działo. Pies spał, babcia wypoczywała. Obok na ławce leżała laska.
Laskę odebrał babci Ojciec. Było to niedługo przed jego śmiercią. Początkowo myślałem, że Ojciec chyba trochę szpanuje, bo zawsze lubił laski. Z każdego pobytu w górach przywoził ciupagę, którą posługiwał się tam z lubością. Otóż nie. Ojciec zabrał laskę babci, gdyż rozbolały go nogi. Miał kłopoty z krążeniem. Zanim zabił go zawał, przez ostatni rok używał laski. Zaznała więc laska rozkoszy pobytu na sądowych salach. Ocierała się o adwokackie togi, opierała o solidne, sądowe meble. Słuchała ludzkich żalów. Była świadkiem zawiłości losów i spraw. To coś zupełnie innego aniżeli bezczynne wylegiwanie się na ławce pod drzewem w kształcie szyszki i wysłuchiwanie emeryckich narzekań. Patrząc na to jednak z innej strony, to laska do takiego emeryckiego życia powinna być nawykła. Po to w końcu została stworzona.
Lecz nie ta laska. Ona miała większe aspiracje. Chociaż udział w sprawach sądowych trafił się lasce jak ślepej kurze ziarno, to w gruncie rzeczy nie był niczym w jej egzystencji nadzwyczajnym. Był raczej normalnym następstwem jej aparycji. Miała bowiem laska szyk i prezencję. Zasługiwała na to aby występować przed sądami. Nawet przed Sądem Najwyższym.
Po śmierci Ojca laskę przejął mój bajkowy dziadek. Trzymał ją na Chojnach pośród śpiewu kanarków. Karmił ją muzyką płynącą wprost z jego zagadkowych skrzypiec. Gdy odwiedzał nas w święta, to właśnie ja i tylko ja odbierałem dziadka z kolejowego dworca.
O mój dziadku, mój bajkowy dziadku. Widzę cię pośród świątecznego tłumu gdy stoisz w mroźnym powietrzu peronu. Widzę jak w wieczorną przestrzeń oświetloną tylko światłami wnętrz oszronionych wagonów wyparowują nasze oddechy. Słyszę świst zdyszanej, zmęczonej długą podróżą lokomotywy. Stoisz i rozglądasz się niespokojnie. Czekasz na mnie. W jednej ręce trzymasz futerał ze skrzypcami, a w drugiej laskę.
Dobrze było lasce u dziadka na Chojnach. Obcowała ze sztuką i śpiewem ptaków. Lecz nic nie trwa wiecznie.
Gdy w pierwszych mrocznych miesiącach stanu wojennego dziadek zmarł, gdy na zawsze odszedł mój bajkowy dziadek, laska znów mnie przypadła w udziale. W tym czasie nie pracowałem już w prokuraturze. Udało mi się uciec stamtąd tuż przed stanem wojennym. Lecz wojsko mocą swych ciemnych i niepojętych rozkazów postanowiło uczynić ze mnie wojskowego prokuratora. Gdy zawiodły mnie wszystkie fortele, zmierzające do uwolnienia od tego paskudnego obowiązku, gdy pętla niechcianych odwiedzin wojskowych posłańców niebezpiecznie zaciskała się wokół mej szyi, nie pozostało mi już nic innego jak tylko posunąć się do oszustwa. Wraz ze mną oszukiwał zaprzyjaźniony lekarz. Zagipsował mi lewą nogę aż po pachwinę. Wystawił stosowne i lipne zaświadczenie stwierdzające, że przez najbliższe osiem miesięcy nie będę nadawał się do żadnego z celów w jakich zamierzano mnie użyć.
Z najwyższym trudem, wsparty o tę moją wykwintną laskę doczłapałem do najważniejszego w mieście dowództwa wojskowego. I zacząłem tam inkrustowaną laską wojskowemu dowództwu wygrażać. Krzyczałem, że nie dam się, w mym pożałowania godnym stanie, zmobilizować. Widzą przecież, do jasnej cholery, z jak wielkim poruszam się trudem! I to tylko o lasce! Poskutkowało. Nie zostałem wojskowym prokuratorem. Dano mi święty spokój.
Nie darmo od gier wojennych swe ze mną obcowanie laska zaczynała. Nie na darmo używana była jako karabin czy pika. Umiała laska z wojskowymi postępować. Potrafiła gadać z tymi chamami. Twardo stała na ziemi na swej czarnej nóżce.
Przez kilka następnych lat laską zajmował się mój syn. Czynił z niej użytek podobny do tego jaki i ja przed laty z niej czyniłem. Możliwości jej użycia wzbogacił o nieudane próby przebicia nią na wylot naszego psa - Boya III, podpalanego cocker - spaniela. Wróciła więc laska do źródeł. Przeżywała swe deja vu.
Lecz oto nagle i niespodziewanie, wraz z widowiskową śmiercią naszego eksperymentu ustrojowego stała się znów moja laska bywalczynią miejsc, w których zapadały decyzje wielkiej wagi.
A zdarzyło się to w taki oto sposób.
Mój przyjaciel, wielki birbant i hulaka, wracając z jakiejś alkoholowej imprezy z udziałem miejscowych, sfrustrowanych towarzyszy partyjnych, skutkiem swego nieopanowanego opilstwa wywrócił się na ziemię i doznał skomplikowanego złamania nogi. Z odruchu serca pożyczyłem mu mą historyczną laskę. Pożyczyłem mu ją tylko po to, aby mógł dojść do toalety i tam wysikać się kulturalnie. Lecz to był rok 1990, a czasy były dziwne. Każdy mógł zostać posłem, ministrem a nawet prezydentem. I wtedy właśnie, tenże mój ówczesny przyjaciel, w swym pożałowania godnym stanie, gdy wspierał swą chromą nogę na mej wykwintnej lasce, nieoczekiwanie nawet dla niego samego, z dnia na dzień został wiceprezydentem naszego miasta.
Tak oto laska trafiła na salony. Zwisała teraz zza krawędzi prezydenckiego biurka, opierała się o brzegi prezydenckiego stolika. Wsłuchiwała się w ciche i poufne prezydentów rozmowy. W rozmowy pełne troski o ich bliską, prezydencką przyszłość, bo ta nie rysowała się różowo. No coś takiego! Nie do wiary!
Któż by pomyślał, że ta moja laska dojdzie do takich honorów? Że aż takich zaszczytów dostąpi?
Widywałem ją teraz na zdjęciach w miejscowej prasie. Kilkakrotnie pokazała się nawet w telewizji. To jednak nie koniec. Laska na tym nie poprzestała. Czasy ze swej dziwności nie chciały utracić niczego, a mój przyjaciel zdrowiał wolno, więc w niedługim czasie wraz z mą laską został szefem prokuratury wojewódzkiej.
No, tego to już było za wiele. Z tym laska przesadziła. Postanowiłem interweniować. Musiałem interweniować! „Widzę, że z moją laską poruszasz się swobodniei to pod górę. Nie jest ci ona już wcale potrzebna. Oddawaj moją laskę! ” I zabrałem mu ją.
Nie wiadomo gdzie mogłaby go zaprowadzić elegancja i chorobliwa ambicja mojej laski.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)