niktt niktt
189
BLOG

Kura

niktt niktt Rozmaitości Obserwuj notkę 11

 

Kurę kupiono z zamiarem zabicia jej i zrobienia rosołu.

Jej przyszłość w naszym domu rysowała się więc najgorzej z możliwych.

Przywiązano kurę za nogę do metalowej balustrady balkonu i tam czekała na swój czas.

Miała czekać w nieświadomości i pokorze. Powinna ulec nieuchronnemu.

Nikomu nawet nie przyszło do głowy, że taka zwykła, głupia kura może przeciwstawiać się przeznaczeniu. Nie wydawało się to w ogóle możliwe.

A jednak okazało się, że nawet głupia kura podstępnymi i sprytnymi metodami, posuwając się drobnymi kroczkami krok po kroku, może swój nieuchronny los odmienić.

Kura czekała śmierci na balkonie uwiązana sznurkiem za nogę.

W tamtych czasach nie było jeszcze lodówek.

Zwierzę zabijano dopiero bezpośrednio przed zamierzonym spożyciem.

Balkon obejmował cały narożnik naszego domu. Spacerując po nim mogła więc kura obserwować z wysokości II piętra rwące potoki życia krzyżujące się u jej kurzych nóg.

Mogła też kura oddawać się przyjemności kontemplowania tego wspaniałego miejsca, gdzie spokojne wody Nawrot mieszały się ze wzburzonymi nurtami ulicy Kilińskiego, drgającymi od zgrzytów pędzących tramwajów.

Mogła to robić bez żadnych ograniczeń do końca dni swego marnego, kurzego żywota.

Mogła robić zatem to, co i ja w tamtych czasach robiłem.

A przecież nie narzekałem na swój los.

Kura wybrała jednak inną drogę.

Od niepamiętnych czasów po przeciwnej stronie naszej ulicy znajdował się sklep spożywczy. Gdy tylko pojawiały się w nim poszukiwane artykuły, albo gdy zanosiło się na jakieś kolejne nieszczęście, gdy świat po raz kolejny zmierzał ku katastrofie - natychmiast przed sklepem ustawiały się kolejki. Widzieliśmy je z naszych okien.

Z tego zatem co działo się przed sklepem, wróżyliśmy przyszłość.

Wnosiliśmy z kolejek co w najbliższym czasie nas czeka.

Kwestia czy zdołamy zgromadzić wystarczającą ilość zapasów mąki, kaszy, soli i cukru mogła zadecydować o tym, czy uda się nam przeżyć ewentualną katastrofę.

Oczywiście, że to babcia, która przetrwała tyle wojen, w tym dwie światowe i tak wiele rewolucji, w tym jedną proletariacką w Moskwie, że to moja doświadczona i kochana babcia sterowała naszymi zachowaniami.

To ona decydowała co i w jakich ilościach kupować.Nikt rozsądny nie kwestionował kwalifikacji babci. Naraziłby się na śmieszność. Babcia wszystkie wojny i rewolucje przecież przeżyła. Podejmowała babcia decyzje strategiczne i tak już pozostało.

Kiedy więc babcia rzekła do mej matki: ”Idź na róg do sklepu i zobacz, chyba coś rzucili, bo na dole zbierają się ludzie” - uznaliśmy, że szykuje się coś niedobrego.

Okazało się jednak, że zebrani pod sklepem ludzie nie szykują się do wojny, lecz obserwują z dołu naszą, przygotowywaną na rzeź, kurę.

Bowiem kura manifestowała. Kontestowała swój okrutny los.

Uwiązana sznurkiem za nogę zwisała z balkonu głową w dół.

A od czasu do czasu, dla podkreślenia efektu, machała skrzydłami.

Sprawa wyglądała poważnie – manifestacja przedłużała się, ludzi przybywało, napięcie rosło!

Musieliśmy coś zrobić? Ale co?

Jedno było pewne – kurę należało niezwłocznie, używając sznurka i perswazji wciągnąć na balkon z powrotem.

Lecz kto miałby to zrobić?

Ojciec od razu wykluczył pomysł, aby to on, przedwojenny warszawski adwokat, wychodził na balkon i na oczach gawiedzi ciągnął za sznurek, na końcu którego zwisała kura.

To było absolutnie nie do przyjęcia. Zachwiałoby to podstawami naszego systemu wartości i spowodować mogłoby trudne do przewidzenia następstwa.

Wszyscy przyjęli argumentację Ojca ze zrozumieniem.

Ojciec miał rację. On tego nie mógł zrobić.

Spojrzeliśmy więc na babcię.

Lecz babcia z kolei powołała się na swój zaawansowany wiek, kiepski stan zdrowia, zasługi i przeżycia wojenno - rewolucyjne. Nie po to babcia w tylu wojnach igrała z losem, nie po to los ją oszczędził i nie unicestwił, aby teraz stojąc niepewnie na swych schorowanych nogach, pośród śmiechu i kąśliwych zapewne komentarzy, wciągała kurę - wariatkę z powrotem na balkon.

Nie, to nie mogła być babcia. Wysyłanie babci na balkon byłoby bezduszne.

Maryśka, nasza służąca, bo po babci na niej skupiliśmy nasze spojrzenia, stwierdziła krótko:

„ Ja się do ciągania kur nie najmowałam do państwa!” Koniec, kropka.

A czas płynął.

Ludzi przybywało.

Kura zwisała coraz bardziej bezwładnie.

Mnie nie brano w ogóle w rachubę, bo miałem zaledwie dwa lata i mógłbym z balkonu wypaść, co sprawę by jeszcze bardziej skomplikowało.

A więc jasne – to moja matka, ta nieśmiała dziewczyna z Chojen miała wyjść na balkon i pośród pohukiwań, a niewykluczone, że pośród wulgarnych i sprośnych dowcipów, miała kurę z powrotem wciągnąć na balkon.

A wszystko po to, aby ukrócić tę niezręczną sytuację w jakiej znaleźliśmy się z winy kury.

Miała więc mama uratować kurze życie, abyśmy ją mogli potem, już bez niepotrzebnego rozgłosu, w zaciszu domowym spokojnie zabić i zjeść.

Koniecznie trzeba było przerwać ten kurzy, skądinąd uzasadniony, protest.

Należało położyć tamę tej niebezpiecznej manifestacji, bo nie wiadomo było czym mogłaby zakończyć się.

Czasy były niebezpieczne, żadne protesty tolerowane nie były.

A ten, jakby na to nie patrzeć, rozpoczął się od balkonu naszego mieszkania i spowodował nikomu nie zgłoszone zgromadzenie ludzi pod sklepem spożywczym.

Zgromadzenie bez zezwolenia władz.

Kurę aresztowano i natychmiast wstawiono do kuchni.

Przywiązaliśmy ją dla odmiany, krótkim sznurkiem do zlewozmywaka, aby nie próbowała się utopić. Dostała coś do zjedzenia, miseczkę wody i miała już w spokoju czekać na zarżnięcie.

Bez żadnych demonstracji, bez histerii. Miała dać sobie uciąć łeb postępując z nami po ludzku, jak każda normalna kura.

Ale to nie z tą kurą

Tym razem kura spróbował innej sztuczki.

Postanowiła wziąć nas na litość. Postawiła przy tym sprytnie na praktyczny zmysł babci.

Zniosła jajko. Zniosła nam w kuchni, pod zlewozmywakiem, kurze jajko.

A w niedługim czasie po pierwszym, zniosła drugie jajko.

I uratowała życie. Nie ucięliśmy jej łba.

Pojechała na Chojny do mego bajkowego dziadka. Jeszcze przez kilka lat znosiła tam jajka, które babcia, co tydzień przywoziła na Nawrot.

Bo w życiu nie ma sytuacji beznadziejnych.

Nawet taka kura, zwykła głupia kura, mając do dyspozycji niewielkie przecież środki i skromne instrumentarium mogła doprowadzić do zmiany swego losu.

Wystarczyła jej tylko wiara i determinacja.

niktt
O mnie niktt

mam wątpliwości

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (11)

Inne tematy w dziale Rozmaitości