Medalion był złoty.
Zawieszony na dość grubym, misternie plecionym łańcuszku.
Otwierał się niczym talia kart.
Jego awers oplatał delikatny rysunek dwóch kwiatów z rubinu i szmaragdu połączonych listkami z diamentowych drobin. Po otworzeniu, w tajemniczym wnętrzu ukazywała się pogodna twarz dziadka Franciszka w cylindrze.
Medalion miał swoje stałe miejsce w komodzie babci.
Był obietnicą mego dzieciństwa.
Obietnicą, która miała ziścić się kiedyś - w dalekiej, nieokreślonej przyszłości.
Do pokoju babci wejść można było z chłodu klatki schodowej, pokonując otwarte źrenice kolorowych, słonecznych plam rozmazanych na kamiennych płytach.
Nim chwyciłem klamkę babcinych drzwi w studni stopni musiał rozlec się głuchy pogłos zatrzaskiwanych wrót naszego mieszkania.
Potem zapadała cisza potęgowana kaskadą echa.
Drżała błona bębenkowa w uchu dozorcy Kantorka czyhającego u wejścia naszego domu.
Przez moment, przez jedną chwilę, byłem zawieszony w absolutnym niebycie.
Pomiędzy chłodem klamki, a rozleniwiającym ciepłem mej codziennej egzystencji.
Potem głośno wołałem :
Babciu, otwórz ! To ja !
Przychodziłem do babci aby usłyszeć słodką obietnicę.
Zasiadałem w cieniu zegara.
Nad moją głową zataczało się wahadło, pijane upływającym czasem.
A ja świdrowałem babcię wzrokiem.
Przebijałem się jak laserem przez jej stare ciało.
Beztrosko zatapiałem się w jej ciemnych, głębokich oczach aby w końcu zażądać :
„A teraz babciu pokaż mi ten złoty medalion, który będzie mój, kiedy w końcu umrzesz!”
Babcia uwolniona od mego morderczego spojrzenia wstawała z barokowego fotela, podchodziła do komody i ze spokojem wyjmowała drewniane pudełko z napisem „Pamiątka z Żegiestowa”. Przechowywała w nim rzeczy bezcenne. Skromną biżuterię – czyli wszystko to, co zdołała uratować z pożogi wojen i podłych czasów w jakich przyszło jej żyć.
Najcenniejszy był złoty medalion z dziadkiem Franciszkiem w cylindrze.
Wyciągała go babcia z namaszczeniem.
Trzymając jedną ręką pleciony łańcuszek delikatnie rozkładała go na pomarszczonej dłoni i mówiła uroczyście:
„Ten medalion kupił mi dziadek Franciszek na dwudziestą piątą rocznicę ślubu.
Kiedy umrę medalion będzie twój.
Masz go ofiarować swojej żonie w dniu waszego ślubu.”
Nie przyznawałem się babci, że nie zamierzam przyszłej żonie niczego ofiarowywać.
Ani w dniu ślubu, ani potem.
Medalion był zbyt cenny aby go, ot tak sobie, dawać obcej osobie w prezencie.
Prawdę mówiąc, nieczęsto dawała się babcia uprosić, aby medalion mi demonstrować.
Musiałem negocjować.
Zawsze jednak pokazowi towarzyszył tekst polecenia na wypadek śmierci.
A ja w kółko powtarzałem w duchu – „Guzik! Niczego żadnej żonie nie oddam.”
Kiedy zdawałem maturę babcia dawno nie żyła.
Zapragnąłem być artystą. Nie przyjęto mnie jednak do Akademii, bo mym przeznaczeniem była adwokatura. Za karę, za to iż tak nierozumnie próbowałem przeciwstawić się losowi, musiałem przepracować okrągły rok jako stróż nocny.
Był to czas mroczny, a więc i zajęcie nocnego stróża było odpowiednie.
Opuszczony byłem jak pies, z którym sypiałem na ławie stróżówki.
Ale miałem medalion babci. .
Pielęgnowałem w sobie złudzenie, że w każdej chwili mogę go spieniężyć i podły los odmienić. Mogłem to zrobić w każdej chwili, gdym tylko zechciał.
Lecz nie chciałem!
I słusznie nie chciałem, bo los odmienił się sam.
W końcu, po latach, wręczyłem medalion mej żonie w dniu ślubu.
Przemogłem się jakoś.
Trzyma go teraz w komodzie i nie pokazuje mi go wcale.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)