niktt niktt
1180
BLOG

Kret

niktt niktt Rozmaitości Obserwuj notkę 6

 

Powiem szczerze – z kretem to ja nie zaprzyjaźniłem się.

Aktualnie prowadzę z nim wojnę totalną.

A zaczęło się całkiem niewinnie.

Otóż w ubiegłym roku gdy tylko założyłem niewielki trawnik na świeżo usypanym ziemnym tarasie, natychmiast pojawił się tam kret.

Początkowo nie chciałem żadnych sąsiedzkich zatargów, żadnej wojny. Dawałem mu więc dyskretnie do zrozumienia, że nie jest miłym gościem.

Ale te przytyki i te cienkie aluzje zostały przez kreta zignorowane.

Musiało zatem dojść do konfrontacji.

Zaczęło się jednak sympatycznie.

Od drobnych potyczek. Można powiedzieć, że od zupełnie niewinnych igraszek. Od jakiś tam wzajemnych podchodów, różnych sztuczek, śmiesznych zasadzek, jakiś prowokacji.

No, takich zwykłych igraszek.

Zawsze jednak z odrobiną sympatii, bez zaciekłości, bez niepotrzebnej złości czy nienawiści.

Ot, taka zabawa w chowanego.

Kret kopał swoją paskudną górkę na mym świeżo założonym trawniku, a ja mu tę górkę zabierałem, czyli delikatnie zbierałem ją do wiaderka i wynosiłem w inne miejsce.

Wtedy kret kopał następną górkę w nieco innym miejscu, chociaż najczęściej w pobliżu górki przed chwilą rozebranej, ja mu delikatnie, rękami ubranymi w rękawiczki, niczym specjalista chirurg tę nową górkę zabierałem ponownie, wkładałem do wiaderka i znów wynosiłem w specjalne miejsce, gdzie te krecie górki składałem.

Sprawa zaczęła się komplikować a emocje brać górę z chwilą, gdy szybkość tworzenia przez kreta nowych górek zaczęła wzrastać.

Doszło w końcu do tego, że już w trakcie zabierania przeze mnie górki, niemal pod samymi mymi stopami powstawała górka nowa. A tuż obok zaczynał kret jednocześnie kopać następną, trzecią górkę w słusznym skądinąd przeświadczeniu, że przecież ta druga górka, którą właśnie kopie, też lada chwila znajdzie się w wiaderku.

Tempo naszych działań rosło, nerwy puszczały, sytuacja zaogniała się niebezpiecznie.

Górka, wiaderko, ziemia z górki, nowa górka, wiaderko, rękawiczki, ziemia z nowej górki i tak w kółko.

W pewnym momencie nie wytrzymałem!

Wziąłem do ręki szpadel i stanąłem nad najnowszą, czterdziestą trzecią górką.

Tak rozpoczęła się regularna wojna.

Trzymałem w ręku narzędzie zbrodni.

Kret natychmiast to wyczuł. Nie wiem jakim sposobem.

Od tej pory kopał tylko tam, gdzie nie zdążyłem stanąć ze szpadlem.

Gdy skradając się na paluszkach i w samych tylko skarpetkach podchodziłem, natychmiast przestawał kopać.

Ja stałem jednak w tym miejscu dalej. Cały zdrętwiały, z nieszczęsnym szpadlem w ręku wpatrywałem się w świeżo powstały wzgórek z maleńkim otworkiem. Stałem z tym okropnym szpadlem w dłoni nad niedokończoną górką. Stałem tam jak jakiś kompletny idiota przez minutę, przez pięć minut, przez pół godziny, a nawet jeszcze dłużej.

W tym czasie kret ani drgnął.

W końcu, gdy znudziłem się takim bezmyślnym staniem i jak niepyszny odchodziłem, natychmiast, dosłownie w jednej chwili, w mgnieniu oka kret zaczynał kontynuować przerwane prace nad tworzeniem nowej górki.

Więc ja znów za szpadel i biegiem, w skarpetkach i na paluszkach do górki.

Tymczasem kret błyskawicznie zamierał w bezruchu i już ani drgnął.

Cóż to były za wyczerpujące zmagania dwóch inteligencji, dwóch nietuzinkowych umysłów, dwóch różnych koncepcji walki.

A do tego byłem pokonywany przez tę małą, ślepą i podziemną bestię.

Przegrywałem z kretem z kretesem wszystkie potyczki.

Szpadel miał już swe stałe miejsce pod jabłonką. Obok swe miejsce miało puste czerwone wiadro, gdzie złowionego kreta miałem umieścić.

Mój piękny trawnik pozostał już tylko wspomnieniem. Poryty i zorany bardziej przypominał pole bitwy pod Verdun, aniżeli zadbany przydomowy trawniczek.

Zmagania trwały.

Zaczynałem me łowy przed mym wyjściem do pracy, jeszcze wczesnym rankiem.

Trwały po mym powrocie do domu aż do zupełnego zmroku.

Skradałem się po kamiennym murku, aby nie wprawiać ziemi w drgania. Podchodziłem od nawietrznej, aby mnie nie wyczuł. Albo od strony przeciwnej do kierunku domniemanego kreciego korytarza. Wchodziłem na jabłonkę i wpatrzony w świeżą górkę zwisałem aż do zupełnego wyczerpania.

Wszystko na nic.

Pewnego jednak wieczoru, o porze kiedy już zwykle bestii odpuszczałem i szedłem pokonany obejrzeć ostatnie telewizyjne wiadomości, a więc późnym wieczorem, w dość ponurym zmroku, poprzez czeluść zapadających ciemności, ponad porytym transzejami trawnikiem zauważyłem nagle drobne drgania powstającej nowej kreciej górki.

Niewiele myśląc chwyciłem szpadel i z całej siły wbiłem go tuż obok wyłaniającego się krateru.

Jest!!! Jest! Oto jest!!!

Tak, to był mój przeciwnik! Mój wróg nareszcie pokonany!

Wreszcie schwytany i wzięty do niewoli.

Natychmiast umieściłem go w przygotowanym czerwonym wiaderku.

Ale kret nie umiał godnie przyjąć porażki. Strasznie darł mordę. Kwiczał jak zarzynany wieprz. Nie umiał przegrywać.

Przyglądałem mu się z satysfakcją. Słyszałem jak z samego dna czerwonego wiaderka wygraża mi. Ale nie słuchałem go wcale. Byłem ponad to!

Chwyciłem wiaderko i tak jak stałem, w samych skarpetkach i w stroju myśliwskim, absolutnie nie nadającym się na wieczorne przechadzki ulicami miasta, poniosłem mego jeńca na pobliskie łąki. Wypuściłem go tam bez słowa. Nawet małym gestem nie odniosłem się do tych wszystkich jego obelg i wyzwisk.

Wielka satysfakcja! Niech kret pozna wspaniałomyślność zwycięzcy.

Niech zazna szlachetności białego człowieka.

No, cóż - kret szybko wrócił!

Pojawił się znów na mym trawniku już po dwóch dniach. Wojna trwa nadal.

niktt
O mnie niktt

mam wątpliwości

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Rozmaitości