Ulica Nawrot jest moją ojczyzną.
Dziś jest to ulica bolesna z ciemnymi oczodołami okien w sypiących się kamienicach, ulica z pustymi miejscami po wyrwanych domach. Dziś jest to ulica smutna.
Lecz gdy przymknę oczy to widzę ją inną – jasną i sensowną.
Pełną nadziei, pełną możliwości, które są w zasięgu mojej ręki i są do spełnienia.
Widzę ulicę Nawrot z jej kocimi łbami, z jej drewnianymi parterowymi domami obok secesyjnych kamienic. Ze sklepami o zakurzonych szybach, gdzie oferowano towary takie jakimi one były naprawdę. Wszystko to żyje w mej pamięci.
Przy szkole, w zapomnianej scenerii wciąż jest sklep pana Jarząbka.
W czasie przerwy kupowaliśmy tam oranżadę w proszku. W pośpiechu na spocone dłonie wysypywaliśmy kolorowe kryształki i zlizywaliśmy je spragnionym językiem. Rozrastały się i olbrzymiały w naszych ustach niczym esencja obfitości. Łaskotały podniebienia delikatnym kwaskiem obdarzonym wonią pomarańczowych gajów. A pył na dłoni pobudzony wilgocią śliny przemieniał się we wzburzone różowe morze.
A w następnej bramie wciąż jest piekarnia pana Tomali. Wpadaliśmy tam zadyszani aby wydać ostatnie grosze. Za młodu uwiedzeni zapachem chałek, szorstkością pstrych grahamek, spragnieni wieloznaczności krągłych drożdżówek.
To wszystko jest, tętni i huczy głosami rozbrykanej dzieciarni w zielonej bramie szkoły nr 22. Te głosy wciąż wibrują w zakurzonym powietrzu. Drżą żółknące liście winobluszczu, co to wspiął się wysoko nad szkolnym wejściem.
A tuż obok, przy dopiero co posadzonej topoli, czeka na mnie Ojciec. Stoi w eleganckiej jesionce i w pilśniowym kapeluszu.
Widzę go przecież – jest na wyciągnięcie ręki, na odległość głosu, na skinienie głową.
Jest jesień – miasto oddaje ciepło zgromadzone przez całe lato, powietrze nim drży a zieleń wchłania.
Jeszcze nie ma chłodu, nie ma jeszcze zimnej wilgotności. Wszystko jeszcze trwa!
Jest więc we mnie niezakłócona iluzja niezmienności.
Złudzenie, że nic nie może się wydarzyć.
Ale zima musiała nadejść.
Z otulonej bielą ulicy Nawrot, z samego jej wnętrza, brnąc i zapadając się w głębokim śniegu nadchodzimy, aby ogrzać się w blasku ulicy Piotrkowskiej. Właśnie zimą, w miejscu gdzie wątłe wody Nawrot wpadają w rwący nurt Piotrkowskiej od lat pojawiał się wciąż ten sam dwukołowy stragan z jabłkami.
Jest zima. Wszystko zostało przysypane śniegiem. Z okien sączy się żółtawe światło, a uliczne latarnie świecą niechętnie. Zatopiony po osie w przybrudzonym śniegu, obsypany zapachem jesiennych jabłek, przypłynął skądś dwukołowy stragan i przycumował do krawężnika.
Jabłka błyszczą niczym choinkowe bombki. Odbija się od nich światło żarówki zawieszonej niedbale pod plandeką. Otulony płaszczem, zawinięty w wełniany szal i zduszony ciepłą czapą sprzedawca, rękami zgrabiałymi z zimna pakuje do papierowych toreb czerwone jabłka.
Stoi kilka osób, za rogiem widać blask Piotrkowskiej. Jest cicho, wszystko spowite jest watą śniegu i pozbawione ostrych dźwięków. Czuć tylko zapach jabłek.
Pachną kosztele i malinówki. Nic już nie zapachnie mi tak jak tamte jabłka.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)