Cóż znaczą drzwi?
Niewiele!
A tyle rzeczy wydarza się skutkiem ich otwarcia.
I tyle po ich zatrzaśnięciu.
Są cezurą – coś łączą i coś oddzielają.
Widzialną śluzą na niewidzialnej rzece.
Zamknięte - piętrzą emocje, otwarte - eksplodują możliwościami.
Są nadzieję na zniknięcie podziałów.
Drzwi mówią tak:
Nic nie jest na zawsze.
Wszystko można zmienić.
Taką możliwość przewidział Architekt.
Moje drzwi nosiły brzemię minionego czasu.
Były stare i metalicznie skrzypiały.
To były drzwi rasowe, pokryte politurą imitującą drewno.
Miały żeliwne klamki, a z zawiasów wyciekał syty smar.
Osadzono je we framugach grubości murów.
A mury naszego domu grube były na pół metra.
Co roku, o tej samej porze stawałem przy framudze, prężąc się jak żołnierz.
Ojciec odmierzał mój wzrost, żłobiąc w drewnie podłużne nacięcie.
A potem wydrapywał dwie duże cyfry – pierwszą rzymską oznaczającą miesiąc i drugą, arabską dla oznaczenia roku pomiaru. A na koniec, w sam środek tak wyrżniętej kreski, wbijał niczym pieczęć - pinezkę z kolorowym łebkiem.
Zatwierdzał nieodwołalność werdyktu.
Pomimo przemijającej aktualności tego procederu, pomimo zwiewności i motylej wręcz ulotności, okazał się on nad wyraz trwałym dowodem mego istnienia i nieustannego rozwoju.
Kiedy bowiem po wielu latach odwiedziłem dom mego utraconego dzieciństwa, to na starej framudze ze zdziwieniem dostrzegłem kolorowe łebki pinezek wbite tam kiedyś przez Ojca.
Po następnych latach, które upłynęły tak niesłusznie, skutkiem nieuwagi jakiegoś pijaczka, mój dom niczym saper, odleciał w ciepłe powietrze i żegluje teraz gdzieś po niebie.
A ja wciąż jestem przekonany, że mahoniowa framuga jakimś cudownym zrządzeniem losu wyszła jednak z tego kataklizmu cało i gdzieś, w bliżej nieokreślonym miejscu, daje świadectwo prawdzie.
Bo znaki czasu wszystko przecież przetrwają.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)