niktt niktt
60
BLOG

Okna

niktt niktt Rozmaitości Obserwuj notkę 0

 

Mieszkanie było w starym stylu więc i okna były w starym stylu. To znaczy, ponad miarę wysokie, bez potrzeby solidne, podwójne, z szerokimi parapetami.

Jako dziecko większość czasu spędzałem przy oknie. Mój świat zrodził się z oglądania rzeczywistości przez okna secesyjnej kamienicy uczepionej jak pająk kilku tramwajowych linii – prostej jedynki, przyjaznej piątki i zupełnie niepotrzebnej dwudziestki dwójki.

Okna, którymi patrzyłem były naprzeciw okien poprzetykanych pergaminowymi staruszkami. Razem wpatrywaliśmy się w kamienne dno ulicy. I choć widzieliśmy to samo, widzieliśmy co innego.

Wiek bowiem inaczej określał nasze perspektywy.

Wejście do naszego domu nie było widoczne z okien. Widziałem za to całe skrzyżowanie.

I co najważniejsze – widziałem przystanek tramwajowy.

Dalej postój taksówek osobowych i dorożek konnych, ponura knajpa i maleńki sklep z malenkimi zwierzętami.

A po drugiej stronie - sklep spożywczy - czyli miejsce szczególne.

Wszystkie te punkty odniesienia żyły własnym życiem, miały swą poetykę i sens istnienia.

Odbite w okularach okien nadawały sens również memu zaistnieniu.

Gdy poczułem potrzebę szerszego spojrzenia na rzeczywistość – wychodziłem na balkon.

Och, widok z balkonu był o wiele bogatszy.Miałem wgląd w przestrzeń dymiących kominów, w dachy lśniące grafitową papą i w blaknące jakies przedwojenne napisy.Z balkonu mogłem naraz zobaczyć obie krzyżujące się ulice.

Lecz tylko do pewnego stopnia, w pewnym sensie.

Znikały mi wciąż w ciężkiej mgle zadymionego powietrza.


 

To był świat umierającej przeszłości.

Świat w całej swej złożoności ginący i obciążony niesprecyzowaną przyszłością.

Świat tymczasowy, niepełny, niejasny.

A jednak, gdy tylko w wilgotne kamienie ulic uderzyły promienie słońca wszystko nagle wybuchało rześkim zapachem i stonowanym, wręcz eleganckim, kolorytem.

Pamiętam ten zapach.

Zapach rozgrzanego bruku spryskanego wodą z polewaczki. Drażnił nozdrza.

Pamiętam tamtą pomiętą zieleń - zakurzoną i bezlitośnie wciśniętą w wąskie przestrzenie pomiędzy domami. Doznawała olśnienia wilgocią i rewanżowała się eterycznym zapachem.

Pamiętam też szarość tamtego otoczenia. W cudowny sposób nabierała barw.

W jednej chwili, w chwili nagłego niespodziewanego nasycenia wilgocią świat przez moment oszalał.

Tarzał się bez opamiętania w zaskakującej wilgotności.

Do krańcowego wyczerpania, aż do wyparowania, aż do ostatniej kropli wody.

Dopiero wtedy, dopiero gdy wszystko wyparowało, gdy ponownie zalegała gorzka susza bruku – dopiero wtedy – powoli i z ociąganiem, bez przekonania i bez najmniejszej chęci, można by rzec - że wbrew samemu sobie - szalony świat powracał do codzienności.

Wszystko normalniało. Pozostawało tylko wspomnienie tamtego zapachu.

Zapachu wilgoci bruków zakurzonego miasta Łodzi w samym centrum upału.


 

Gdy miałem 5 lat Ojciec dobiegał pięćdziesiątki, babcia lat siedemdziesięciu pięciu, a służąca Maryśka trwała w wieku nieokreślonym. Moja obserwacja świata przebiegała spokojnie. Oglądałem w ulice wolne od samochodów, spoglądałem na spocone perszerony ciągnące platformy wypełnione węglem i skrzynkami z piwem.

Oglądałem to spokojnie bo mój czas już u zarania był czasem minionym.

Nie przeradzał się w czas teraźniejszy.

To jakiś film z epoki, saga o czasach, których nie było!

Byłem porcelanową lalką i drobnymi kroczkami przemierzałem liczne pokoje napełnione podobnie kosztownymi bibelotami.

Umykałem do łazienki, na samym końcu amfilady.

Jej wejścia pilnował zegar. Umykałem tam aby się ukryć w dziurze podłogi.


 

Byłem zbyt późnym dzieckiem czterdziestopięcioletniego ojca i zbyt wczesnym dzieckiem dwudziestoletniej matki. Byłem dzieckiem przedwojennego ojca i powojennej matki.

Bóg dał mi niepowtarzalną szansę. Teraz to widzę wyraźnie.

Jestem Jego eksperymentem na skalę dwóch przeciwstawnych epok.

Dwóch epok, które przedzieliła szczelina wojny. Po obu jej stronach nic nigdy nie było już takie samo.

Wszystko znaczyło coś zupełnie innego.

A wszystko to, co znaczyło to samo, nieuchronnie stawało się czymś innym.

Będąc przytwierdzonym mym dojrzałym Ojcem do przedwojnia, a mą młodą matką do powojnia zostałem rozpostarty na całe niemal stulecie.

Wszystko co działo się teraz, działo się i kiedyś - było więc i moje, i nie moje.

Byłem entuzjastą i oponentem.

Moja tożsamość ulegała ciągłej dekompozycji.

Bez przerwy weryfikowałem nadchodzące pod kątem minionego, bowiem istniałem i tu, i tam.

Nigdy przez to nie byłem „dokładnie tak”!

Zawsze byłem tylko -„i tak, i nie”.


 


 

niktt
O mnie niktt

mam wątpliwości

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości