niktt niktt
450
BLOG

Łódzkie kawiarnie

niktt niktt Rozmaitości Obserwuj notkę 7

 

Dzisiejsze czasy byle jakiego żarcia prawie nie znają świata kawiarni.

Więc kawiarnie odeszły w zapomnianą przeszłość, tak jak wiele innych rzeczy.

Odszedł w przeszłość także świat kawiarni. Dziś może bardziej niż kiedykolwiek.

Ale był taki świat! Świat umykającej atmosfery w zadymionej sali.

Pod sufitem krążyły nieaktualne aktualności. Rozpościerały owadzie skrzydła i trzepotały nimi. Siadały na brzegach stolików, przysłuchiwały się rozmowom. I odlatywały bezgłośnie.

Odurzone zapachem „Belwederów”,  uwiedzione dymem „Damskich”.

Mam tu na myśli zapomniane papierosy „Damskie”. Cieniutkie i - jak na ówczesne czasy - delikatne.

Ich ustniki były typowo kobiece – długie i puste w środku.

Albo „ Nowe”?

Papierosy o nazwie „Nowe” - krótkie jak riposta.

Ułożone w podłużnych pudełeczkach z rysunkiem dymiącego papierosa na brązowym tle.

Miałem kolekcję pudełek po papierosach „Nowych”, bo palił je Ojciec.

Och, pudełeczka „Nowych”!

Fundamencie mego zaginionego świata.

Opoko mych marzeń!

Stworzyłem z was wszystko to co najpiękniejsze.

Samochody, którymi nigdzie nie pojechałem, domy, w których nigdy nie zamieszkałem.


 

Wychowywałem się w łódzkich kawiarniach.

Mógłbym mówić o nich bez końca.

Weźmy taką Akademicką na rogu Nawrot i Piotrkowskiej. Nie mam pojęcia dlaczego akurat nazywano ją Akademicką.  Nigdy nie widziałem tam żadnego studenta. Ani studentki.

Nie przeoczyłbym studenta, a już studentki to bezwzględnie.

Oni jednak nie przychodzili do Akademickiej. 

Nie czuliby się tam dobrze.

Akademicka miała bowiem w sobie coś z wyspy, na której lądują przelotne ptaki.

Coś z przystani lub dworca, gdzie wszyscy są w pośpiechu, w biegu.

Są tu, ale nie do końca są.

Są, ale wcale nie chcieliby tu być. Gdzieś się śpieszą.

Są, lecz zaraz sobie pójdą.

Akademicka jest do dziś dla mnie punktem odniesienia.

To z Akademicką porównuję wszystkie inne, później spotkane kawiarnie.

A kiedy o niej myślę to przywołuję w pamięci lata pięćdziesiąte i me utracone dzieciństwo.


 

Zapełniało Akademicką towarzystwo osób zdeklasowanych.

Ludzi skądś wypędzonych i niechcianych przez nową rzeczywistość.

Niechcianych z widoczną wzajemnością.

To byli ludzie próbujący sobie radzić w nowych czasach.

Ale do tych nowych czasów wcale nie pasujący.

Doskonale wychowani, o starannych manierach.

I strzegący swych małych tajemnic.

Może dotyczyły one złota i dolarów.

A może tak mi się tylko wydawało?

Do Akademickiej przychodziłem czasem z Ojcem.

Siadaliśmy przy okrągłym stoliku z marmurowym blatem, wspartym na żeliwnej nóżce.

Dziesiątki takich stolików rozsypanych było w obu salach. Szatnia znajdowała się w głębi.

Aby do niej dotrzeć musieliśmy przecisnąć się przez pierwszą salę i lekko skręcić w prawo. Cały ten czas wędrówki do szatni poświęcało się rytuałowi wymiany ukłonów.

Bywalcy Akademickiej grywali w domino, rozkładając żółte kostki na białych i zimnych stołach.

Wypływają teraz do mnie ich pożłobione twarze. Widzę ich jak tkwią tam pochyleni ponad kościanymi prostopadłościanami. Jak trwają w swym dostojnym zamyśleniu. Wciąż osaczeni!

Dalej przyszłość nie wróży im powrotu do tego, co już bezpowrotnie minęło.

A z błyszczącego ekspresu wciąż wydobywa się i unosi szlachetny zapach kawy.


 

Albo maleńka Honoratka.

Wciśnięta w cichą ulicę Moniuszki, niedaleko Piotrkowskiej.

W pobliżu był jedyny w mieście basen i tam uczyłem się pływać.

W Honoratce czekał na mnie Ojciec.

Składała się mała Honoratka z jedynego, niewielkiego pomieszczenia.

Pod ścianami ustawiono sofy wyłożone dermą imitująca skórę, a na ścianach zawieszono lustra o zamazanym odbiciu.

Nie było szatni – płaszcze trzymano w pobliżu, albo na wieszaku przy drzwiach.

Stoliki były maleńkie, ze szklanym blatem, a wiedeński sernik niedościgły!

Rozmowy w Honoratce dotyczyły sztuki, bo jej bywalcy byli artystami.

Bił od nich blask.

Nosili w sobie iskrę bożą, co też widać było gołym okiem.

Wszyscy wyczekiwaliśmy chwili, kiedy wreszcie rozbłysną na firnamencie sław.

Była Honoratka ulubioną kawiarnią łódzkiej filmówki.

Tak dziś o niej piszą - można to sobie przeczytać w mądrych czasopismach.

Bywał tu często Polański, bywała Osiecka. Bywali też i inni.

No cóż, całkiem możliwe.

Ja ich tam nie widziałem.

Zresztą pewnie bym ich nie rozpoznał, bo wyglądali wtedy inaczej.

Byli nieznani i nikogo nie obchodzili.

Niewielu jednak dotrwało w tym stanie do dziś.

Mnie się udało!


 

Z Honoratki jest już blisko do Grand Hotelu na ulicy Piotrkowskiej.

To tu mieściła się słynna kawiarnia zwana Grandką.


 

Och, Grandka,  kawiarnia Grandka!!!

Tego opowiedzieć się nie da!

Opisać tego nie sposób!

Grandka to był szyk i elegancja!

To był zupełnie inny świat.

Bo nie była Grandka taką sobie, zwyczajną kawiarnią w zapyziałym mieście Łodzi.

To była najważniejsza kawiarnia miasta.

To była kawiarnia ponad wszystkimi innymi kawiarniami.

Do Grandki zabierał mnie Ojciec na lody.

Już w momencie przekraczania jej progu, już w trakcie nerwowego dreptania w obrotowych drzwiach odczuwałem, że następuje we mnie jakaś wewnętrzna przemiana.

Wieloskrzydłowe drzwi drobnymi szczoteczkami umieszczonymi w dolnej ich krawędzi zmiatały ze mnie całą moją bylejakość.

Strząsały mą pospolitość, zdmuchiwały ze mnie pył dolegliwej codzienności.

Strzepywały zwykłość, szarość i przeciętność.

Wchodziłem oczyszczony!

Godny przebywania w tej niezwykłej kawiarni.

Byłbym lepszym człowiekiem, gdybym pozostawał tam do dziś.


 


 

niktt
O mnie niktt

mam wątpliwości

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Rozmaitości