niktt niktt
103
BLOG

Mój dziadek

niktt niktt Rozmaitości Obserwuj notkę 2

 

Na peryferiach Łodzi mieszkał mój bajkowy dziadek.

Dziadek mieszkał w drewnianym domu nr 18, przy nieutwardzonej ulicy Socjalnej na Chojnach. Aby tam dojechać trzeba było zdecydować się na poważną wyprawę.

Najpierw tramwajem linii nr 1 trzeba było dojechać do pętli, potem przejść przejściem zamykanym szlabanami przez tory kolejowe, aby następnie na pętli autobusowej wsiąść w autobus i przejechać jeszcze kilka przystanków.

A wszystko tylko po to aby móc stanąć przed zielonym, zaczarowanym domem mego dziadka.

Z zewnątrz dom dziadka niczym szczególnym nie odróżniał się od innych sąsiednich domów.

Miał tak jak tamte trzy okna wychodzące na spokojną ulicę, którą nikt nie przejeżdżał i mało kto przechodził.

Chcąc dostać się do dziadka należało kilkukrotnie szarpnąć za stalową rączkę znajdującą się przy wysokiej furtce. Systemem skomplikowanych drucianych połączeń poruszała ona dzwonek zawieszony nad werandą wewnątrz dziadkowej twierdzy.

Gdyby jednak dziadka nie było w domu – a dziadek był częstym bywalcem pobliskiego kościoła – należało przesunąć ręką po cementowym gzymsie nad furtką, gdzie w takich wypadkach znajdował się klucz.

Do wnętrza domu wchodziło się przez zarośniętą winem werandę.

Z werandy można było także wejść do maleńkiego stolarskiego warsztaciku, gdzie od razu zapadało się w senne wióry.

Ach, dom mego dziadka.

Pełen zapachów i śpiewu kanarków.

Dziadek trzymał je w klatkach w kuchni, w pokojach, no wszędzie. Klatki i szafki z drzwiczkami z ciemnego płótna robił sam. Bo dziadek chciał panować nad ptasimi porami dnia. Kiedy otwierał drzwiczki wszystkich szafek, niczym kapelmistrz inspirował nieziemski koncert na ptasie głosy.

Kanarki najpierw nieśmiało, jakby od niechcenia, pojedynczo rozpoczynały swe śpiewy.

Na początku wszystko się rwało, nie miało większego sensu, wydawało się, że tak i owszem, może to i ładne, ale na pewno nie porywające. Trwało tak przez chwilę, może z minutę, może nieco dłużej. Nagle wszystko porządkowało się, zbierało w sensowną całość, zaczynało mieć jasny dźwięk, rozpoznawalną kompozycję, melodię. I oto w pewnej chwili spostrzegałem, że jestem urzeczony tą muzyką. Że to nie jest jakieś tam sobie śpiewanie, lecz prawdziwy koncert.

Koncert na wiele ptasich głosów, na przenikające się nawzajem dźwięki, na pozostające ze sobą w harmonii całe linie melodyczne.

Słuchałem tego w kuchni, przycupnięty na węglowej skrzyni przy piecyku zwanym kozą i wpatrywałem się w dziadka. A dziadek w swych podartych spodniach, przyprószony siwizną i wiórami ze swych ulubionych zajęć siedział tyłem do okna, skąd rozpościerał się pyszny widok na ogród.

Siedział i nic nie mówił.

Nie było po nim widać aby specjalnie przeżywał, aby robiło to na nim jakiś wielkie estetyczne wrażenie. Ot, siedział sobie, czasem spojrzał na mnie i jakby słuchał mimochodem, tylko przy okazji robienia przyjemności wnukowi, który przyjechał odwiedzić go.

Ale to było złudzenie.

Mój dziadek był urodzonym estetą.

Miał wrodzoną potrzebę estetycznych doznań.

Miał duszę artysty i najbardziej naturalną z naturalnych potrzebę tworzenia. Chciał obcować z pięknem nie ze snobizmu, nie dla poklasku, lecz z prawdziwej, drzemiącej na dnie jego duszy potrzeby serca.

Mój dziadek grał na skrzypcach.

Ustawiał na środku pokoju druciany stojak na nuty i wytupując takt grał tylko dla siebie.

Dziadek grał bo miał taką potrzebę. Czuł pewnie, że w każdym człowieku jest coś więcej jeszcze.

Czuł to chyba instynktownie.

Gdy powstawał w nim imperatyw opowiedzenia o tym, gdy rodził się w nim jakiś ucisk w krtani, powstawał mętlik w głowie, gdy czuł, że świat jaki jest taki jest, ale jest jednak piękny, to dziadek wiedziony tym imperatywem właśnie, siadał na środku pokoju przed drucianym statywem na nuty i grał na skrzypcach melodie poruszające jego serce.

Bo w ogóle to dziadek grał na skrzypcach kiepsko.

Mój dziadek pisał wiersze.

Dziadek pisał wiersze dla samego siebie i dla innych.

Nikt dziadkowych wierszy jednak nie cenił i chyba nikt w rodzinie nie zachował nawet jednego z tych dziadkowych wierszy.

I choć mój dziadek był najprawdziwszym artystą, pozostawił po sobie tylko wątłą pamięć i nic więcej.


 

niktt
O mnie niktt

mam wątpliwości

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Rozmaitości