Droga klienta do adwokata jest zawiła. Zanim wpadnie w adwokacką sieć klient zawsze próbuje poradzić sobie sam. Z marnym skutkiem.
Kiedy więc już klient zazna goryczy porażki, gdy pozna w sądzie lepki smak niezrozumienia swej procesowej pozycji, swych praw i możliwości, kiedy wreszcie dokładnie pozna ezopową mowę wymiaru sprawiedliwości, wtedy dojdzie do jedynego racjonalnego wniosku:
„Jeżeli mam coś osiągnąć - muszę zainteresować moją sprawą adwokata.
Muszę po prostu zainwestować.”
Zasięga więc klient porady od znajomych lub krewnych, którzy już przechodzili podobną gehennę i zaznali podobnych przypadłości.
Pyta ich o to, który z mecenasów jest na tyle rozgarnięty, aby zająć się jego sprawą.
Najczęściej słyszy, że wszyscy adwokaci to złodzieje i lepiej zrobiłby gdyby rozdał swoje pieniądze biednym, aniżeli dalej wikłał się w jakiekolwiek procesy.
To prawda!
Ale to zbyt prosta prawda, bo beznadziejna.
A motorem procesu jest nadzieja, więc tak beznadziejnej prawdy klient ani myśli zaakceptować.
Nie chce jej przyjąć do wiadomości.
No bo jak to?
To że ma rację jest oczywiste i jasne jak słońce.
Chodzi więc tylko o zwykły drobiazg – o urzędowe tego potwierdzenie.
O urzędowe stwierdzenie tego, że to właśnie on, klient, ma rację!
O zwykły papier z urzędową pieczęcią i godłem.
O nic więcej!
W tym czasie adwokat w swej kancelarii, jak zasadzony na łowach drapieżnik już czyha na niego.
Coś tam bazgrze na białych, papierowych żaglach spraw, coś podkreśla jako niezwykle ważne, coś przekreśla jako niewarte podkreślenia.
On wyczekuje, on czatuje na klienta!
Kancelaria adwokata nie musi być wcale szczególnie wytworna, choć dobrze gdy jest w miarę wygodna. Klient nie może się czuć się tu zbyt swobodnie i komfortowo, bo jej nigdy nie opuści. Nigdy się z niej nie wyniesie.
Powinien odczuwać też pewien respekt.
Wskazane byłoby umieszczenie w widocznym miejscu małego księgozbioru – jakichś tam kodeksów, komentarzy do tych kodeksów i takich tam drobnych rzeczy.
Można też postawić na półce z książkami jakiś gustowny bibelocik - choćby mosiężną miniaturkę Temidy, czy malutkiej, lecz mądrej sowy pójdźki.
Taka dyskretna aluzyjka.
Książki powinny wyglądać na używane, chociaż nie nazbyt zniszczone. Książka zbyt świeża, książka nowa, książka pachnąca drukarską farbą rodzi podejrzenie, że adwokat w ogóle jej nie przeczytał.
Natomiast książka stara, poplamiona i mocno podniszczona nasuwa wątpliwości, czy aby na pewno nasz adwokat zna najnowsze, ciągle zmieniające się przecież, przepisy.
Czy jest on wystarczająco biegły w aktualnym orzecznictwie, skoro grzebie w tak pożółkłych prawniczych starodrukach?
O tak – wygląd książek w kancelaryjnej biblioteczce adwokata, a nawet stopień ich zużycia ma wpływ na zaufanie klienta.
Dobrze aby w kancelarii adwokackiej był komputer.
To daje klientowi pewne, zresztą niczym nieuzasadnione, poczucie bezpieczeństwa.
Stwarza w nim złudzenie, że adwokat ma bliżej nieokreślony, przez co bardziej tajemniczy, wirtualny kontakt z samym absolutem prawniczej wiedzy.
Czort wie z jakim absolutem i co to w ogóle oznacza.
Może z jakimiś innymi, mądrzejszymi od niego adwokatami?
A może z samymi autorami tych milionów niejasnych przepisów?
Z autorami tych mętnych kodeksów?
Klient czuje, że komputeryzacja kancelarii daje adwokatowi nowe, niezwykłe możliwości.
Skoro ma komputer to może w każdej chwili, kiedy uzna to za stosowne, z niego skorzystać.
A to wprawia klienta w dobry nastrój.
Jego sprawa zyskuje wirtualny wymiar.
Przy czym klient zdaje sobie na ogół sprawę, że taka komputeryzacja kancelarii kosztuje.
Te wszystkie kolorowe ekrany, te klawiaturki, te drukarki, skanery, myszki etc. – oj, to bardzo drogo kosztuje.
A do tego umiejętność wciśnięcia przez adwokata odpowiedniego klawisza.
To też kosztuje!
Albo takie zwykłe kliknięcie myszką w stosowne, malutkie miejsce na ekranie.
W miejsce niekiedy tak malutkie jak łepek od szpilki.
Znalezienie przez adwokata takiego malutkiego miejsca na ekranie musi kosztować.
To jest trudna i kosztowna wiedza.
O tym klient wie.
W kancelarii wystarczająco skomputeryzowanej klient płacąc adwokatowi honorarium ma poczucie opłacania czegoś naprawdę realnego, czegoś wręcz namacalnego.
Adwokat słucha swego klienta.
Lecz niekoniecznie uważnie.
W opowieści klienta jest cała fura niepotrzebnych zanieczyszczeń. Jakichś szmerów bez żadnego dla sprawy znaczenia. Tej części opowieści adwokat w ogóle nie słucha, ale nie przerywa swemu klientowi.Adwokat wie, że klient musi się wygadać. Poza tym, jeżeli nie pozwoli mu opowiedzieć tych wszystkich nieistotnych szczegółów, klient wyjdzie z kancelarii z przekonaniem, że adwokat nie jest w stanie mu pomóc, bo nie poznał wystarczająco jego sprawy.
Słucha więc adwokat wszystkiego z różnym natężeniem uwagi.
Rzeczy ważne notuje, rzeczy nieważne puszcza mimo uszu i nie notuje – to proste!
Adwokat nie przedstawia klientowi ani metody ani sposobu prowadzenia sprawy.
Może to uczynić jedynie w ogólnym zarysie.
Klienta to guzik obchodzi.
I tak niewiele z tego zrozumie, a nabierze zupełnie niepotrzebnego przekonania, że skoro to takie proste, to honorarium jest stanowczo zbyt wygórowane.
Co do honorarium to klient najchętniej przyjął by adwokata do rodziny albo z nim się szczególnie blisko zaprzyjaźnił. Tak aby w ogóle nie musiał za nic płacić.
A jeżeli sprawy nie da się w ten sposób załatwić, to klient chciałby zapłacić adwokatowi bardzo malutko, najlepiej w kilku ratach i to w ratach narastających.
Przy czym najlepiej byłoby aby ta największa, ostatnia rata przypadła po zakończeniu sprawy.
Dopiero wtedy kiedy odzyska już pieniądze, o które ma zamiar procesować się z pomocą adwokata,.
Klient chciałby również aby natychmiast po wpłaceniu adwokatowi tej pierwszej, najmniejszej, no dosłownie zupełnie malutkiej raty, aby zaraz po jej zapłaceniu, adwokat pozostawał już na zawsze do jego dyspozycji.
Przez całą dobę, każdego dnia tygodnia z niedzielami i świętami włącznie, bez prawa do urlopu.
Chciałby aby tak opłacony adwokat stał się jego własnością.
Chciałby mieć z nim w każdej chwili kontakt.
Bo w każdej przecież chwili może w głowie klienta coś ważnego sie urodzić.
Dlatego rozsądny adwokat chroni tajemnicy swego numeru telefonu komórkowego jak źrenicy oka.
Podaje go szeptem, w ustronnym miejscu, najbardziej zaufanym przyjaciołom.
Zabrania notowania tego numeru.
Numer telefonu komórkowego rozsądnego adwokata zna tylko kilka osób, żona i sekretarka.
Nikt więcej, broń Boże!
Postępowanie z klientem wymaga wyczucia i pewnej bezwzględności.
Wymaga zatem pewnej metody. W stosunkach z klientem nie można być zbyt otwartym, zbyt wylewnym, zbyt towarzyskim, gdyż prędzej czy później to się zemści.
Niektórzy adwokaci twierdzą, że największym wrogiem adwokata jest jego klient.
Trzeba zatem zachować, jak wobec wroga, szczególną nieufność.
To zasada, która stwarza poczucie bezpieczeństwa.
Rozmowa z klientem o honorarium to rozmowa o materii najbardziej delikatnej.
Odbywać się powinna niejako przy okazji, lecz nie może utracić swej wagi.
Klient powinien odczuwać, że wiedza i umiejętności adwokata mają swoją, wcale niemałą cenę. Powinien jednak odnieść wrażenie, że to nie honorarium jest najważniejsze, lecz sprawa z jaką przyszedł do kancelarii. To właśnie ta jego sprawa, ta jego krzywda ma, wcale nie małą, ale i nie nazbyt wygórowaną, cenę.
Adwokat unika nie umówionych spotkań z klientem.
Każde spotkanie klienta z adwokatem wymagać powinno wcześniejszego umówienia przez sekretarkę, z ustaleniem daty, godziny i czasu trwania.
Nie do pomyślenia jest aby klient przychodził sobie do kancelarii kiedy mu tylko przyjdzie na to ochota i od razu rozmawiał z adwokatem.
To szkodzi adwokatowi i klientowi.
Adwokatowi dezorganizuje pracę i podważa jego prestiż.
A klient traci szacunek i zaufanie do takiego adwokata, który w każdej chwili jest osiągalny.
„Wciąż jest w zasięgu ręki, więc widocznie nie ma wielu spraw i ciągle czeka na klienta. Może ma tylko moją sprawę i dlatego tyle wziął? A skoro ma tak mało spraw to znaczy, że jest kiepski. A jeżeli jest kiepski to stanowczo za dużo wziął!”
Tak sobie pomyśli klient.
Siedzi więc adwokat w swojej kancelarii.
Siedzi w skórzanym fotelu, co ma czarne kółeczka i wyczekuje.
On czyha na klienta!


Komentarze
Pokaż komentarze (2)